Wszystko zmieniło się ostatniego dnia: dla adeptów szkółki narciarskiej zorganizowano taki mały slalom. Wygrałam, dostałam w nagrodę lizaka i od tego momentu nie wyobrażam sobie życia bez nart.

W każdym sezonie staram się wyjeżdżać dwa razy: najpierw w okolicach Nowego Roku, potem na przełomie marca i kwietnia. Jeździłam w Polsce, na Słowacji, w Austrii, Szwajcarii, ale chyba najbardziej lubię Włochy, właśnie teraz, kiedy zima powoli ustępuje miejsca wiośnie. Dłuższy dzień, mnóstwo słońca, włoska kuchnia, gościnność i serdeczność gospodarzy... Żyć, nie umierać.

Ale żeby nie było niedomówień - na narty jadę po to, żeby jeździć na nartach. Godziny spędzone na stoku są dużo ważniejsze niż tak zwane apres-ski. I przy okazji chciałabym przypomnieć wszystkim dziewczynom: stok to nie wybieg, a zjazd narciarski to nie pokaz mody! Przy wyborze stroju i sprzętu narciarskiego najważniejsze są bezpieczeństwo i wygoda. Nie wolno też zapominać o kasku. Kiedyś nie wyobrażałam sobie jazdy w nim; jak to, to włosy nie będą mi powiewać na wietrze? Ale teraz wiem, że dobrze dobrany kask wcale nie odbiera radości z szusowania, a może uratować życie.

Ja na szczęście żadnej poważnej kontuzji nie miałam. No, może z jednym wyjątkiem. Pewnej zimy, na Słowacji złamałam nogę. I to 31 grudnia. A, żeby było jeszcze ciekawiej, to nie od razu się o tym dowiedziałam. Noga trochę bolała, ale wbiłam się w szpilki i do rana szalałam na parkiecie! W Nowy Rok było już kiepsko, a po powrocie do Warszawy: szpital, prześwietlenia, diagnoza i gips na sześć tygodni.

To mnie jednak zupełnie nie zniechęciło do nart. Nadal uwielbiam na nich jeździć, a jako dziennikarka sportowa interesuję się nimi także zawodowo. Choć przyznam uczciwie, że zawody w narciarstwie alpejskim nie budzą już we mnie aż takich emocji, jak w czasach, gdy startował mój ukochany Alberto Tomba...