Napoleon powiedział jednak kiedyś, że „od dwóch dobrych generałów woli jednego, który ma szczęście”. Górski był takim generałem. Przede wszystkim miał szczęście trafić na najwybitniejsze pokolenie polskich piłkarzy, jakiego nie będziemy mieli do końca świata. Fornalik nie trafił nawet w połowie na tak utalentowane, więc z miejsca ma pod górkę.

Szczęście


Górski szczęście miał niewyobrażalne. W 1972 roku był o włos od tego, by z hukiem wylecieć z roboty i nigdy nie byłoby złota w Monachium, Wembley, meczu na wodzie, legendy Górskiego. Uratował go młokos z Hiszpanii Carlos Santillana. Na dzień dobry w kadrze Pan Kazimierz przegrał nam eliminacje Euro 1972 i był na najlepszej drodze, by nie zakwalifikować się do igrzysk w Monachium. Nasz los zależał od meczu Hiszpania – Bułgaria. Pierwszy mecz Bułgarzy wygrali 8:3. Rewanż z amatorami i młodzieżowcami z Hiszpanii oraz ich awans kosztem Polski wydawał się formalnością. Gdyby kadrę prowadził pechowiec Koncewicz, wygraliby Bułgarzy. Górski miał takiego farta, że Hiszpanie wyciągnęli remis, strzelając gola na 3:3 w 90. minucie. Wszystkie trzy bramki zdobył dla nich niespełna 20-letni i nieznany wówczas w Europie Carlos Santillana. Późniejszy as reprezentacji Hiszpanii i Realu Madryt, w barwach którego rozegrał 778 meczów i strzelił 352 gole. Gdyby nie te bramki, Górski po przegraniu dwóch eliminacji, zostałby zwolniony.

Drugi fart Górskiego to pamiętny mecz z ZSRR podczas igrzysk. Przegrywaliśmy 0:1 i finał był daleko. Obrażony Jarosik odmówił wejścia na boisko w końcówce meczu. Górski nie miał wyjścia i wprowadził Szołtysika, który jednego gola wypracował, a drugiego strzelił. Wygraliśmy 2:1, a turniej zakończyliśmy z olimpijskim złotem. Dzięki fochom Jarosika.
Trzeci cud Górskiego to oczywiście Wembley. To Anglicy ciągle atakowali, byliśmy gorsi, ale Tomaszewski bronił niewiarygodnie, obrońcy wybijali piłkę z linii i mając furę szczęścia dowieźliśmy zwycięski remis 1:1 do końca. Gdyby pierwszym trenerem był Strejlau, Anglicy na pewno wepchnęliby drugi raz piłkę do siatki, albo Domarskiemu by nie zeszła z nogi.

Czy Fornalik ma szczęście? Bez wątpienia. Został selekcjonerem, choć osiągnięciami biło go na głowę kilku, jeśli nie kilkunastu polskich trenerów. W Czarnogórze najpierw dostaliśmy karnego, później wrócił z dalekiej podróży i odwróciliśmy losy meczu. Anglię dostał słabą jak nigdy wcześniej. Aż żal, że nie potrafiliśmy tej słabości wykorzystać i wygrać. Remis był w sumie porażką.
Wracając do Górskiego, totalną niesprawiedliwością byłoby przypisanie jego sukcesów wyłącznie szczęściu. Jan Tomaszewski podkreśla, że Pan Kazimierz był dla piłkarzy jak ojciec i potrafił stworzyć znakomitą atmosferę w drużynie, czego nie dało się powiedzieć o jego następcy Jacku Gmochu, czy później o ekipach Łazarka, Apostela. W reprezentacji Jerzego Engela świetna atmosfera z eliminacji, w trakcie przygotowań i mundialu w Korei stała się nawet zbyt dobra i doprowadziło to towarzystwo wzajemnej adoracji do katastrofy.

Czy po fatalnym Euro 2012 Błaszczykowski i spółka będą potrafili się pozbierać i stworzyć u Fornalika „team spirit”, pozwalający ograć Ukrainę? Czas zapomnieć o braku biletów, przewagach w Dortmundzie i również w kadrze przejść na jasną stronę księżyca. Fornalik, by przeprowadzić tam tak trudne osobowości jak Szczęsny, Boruc, Boenisch, Błaszczykowski, czy zagubionych w reprezentacji Piszczka i Lewandowskiego, będzie musiał mieć charyzmę na miarę wczesnego Beenhakkera.

Intuicja

Kazimierz Górski zasłynął przede wszystkim z intuicji, trenerskiego nosa, tego, że nie bał się podejmować ryzyka. Wszyscy pukali się w czoło, gdy na mecz z Anglią w Chorzowie wystawił słabego w lidze Jana Banasia. Tymczasem napastnik Górnika Zabrze okazał się kluczową postacią i jedyny raz w historii ograliśmy Anglików (2:0). Przywrócił po rocznej przerwie do kadry Jana Tomaszewskiego, choć ten w debiucie z RFN zawalił gola i został zmiażdżony przez kibiców i dziennikarzy. Gdy po Wembley wydawało się, że Bulzacki i Domarski mają na lata pewne miejsce w składzie, na mundialu w 1974 roku niespodziewanie zastąpili ich młodzi i niedoświadczeni – Władysław Żmuda i Andrzej Szarmach. I grali rewelacyjnie.

Fornalik do pewnego momentu też pozytywnie zaskakiwał intuicją i odważnymi decyzjami. W meczu z Anglią nie bał się wystawić w podstawowym składzie nowicjuszy w kadrze – Wszołka, Krychowiaka, wpuścić w końcówce Milika. Ostatnie mecze to jednak zachowawczy Fornalik. Nawet w towarzyskim meczu z Irlandią grał pewniakami, żelaznym składem, zamiast pokombinować, sprawdzić inne warianty. Panie Waldku, Pan się nie boi. Koniec z kunktatorstwem. By wygrać z Ukrainą, trzeba trochę zaryzykować, jak Górski. Może Salamon i Majewski, którzy potrafią zagrać niekonwencjonalnie i są głodni gry, przyjechali na zgrupowanie nie tylko potrenować?

Na pytanie, kto w bramce - Boruc, czy Szczęsny, a może Tytoń, czy wcześniej Kuszczak – odpowiadam: Fabiański (wiem, że nie jest powołany, po co nam człowiek z Ligi Mistrzów). Już 2-3 lata temu mówiłem, że to najlepszy polski bramkarz i większość pukała się w czoło. Dziś już wstrzymują palec. Zobaczymy za dwa lata, jak go ominą kontuzje (a przed nimi zaczynał znakomicie bronić i w kadrze i w Arsenalu). A Boruc? Nie ufam mu jako człowiekowi i jako bramkarzowi. Świetnie bronił na mundialu 2006 i Euro 2008? Bardziej pamiętam koszmarne babole, gdy zawalił nam eliminacje mundialu 2010. I tego się boję w piątek. Ukraina też mu ostatnio nie służyła, podobnie jak Radziowi Majewskiemu.   

Dobry patent

Szczęście, intuicja, ryzyko, atmosfera – to cała tajemnica sukcesów Górskiego? Nie. Przede wszystkim był dobrym trenerem, miał pomysł, dużo widział na boisku, jako były piłkarz potrafił świetnie ocenić i dobrać zawodników. Najsłynniejszy gol w historii polskiego futbolu, z Anglią na Wembley, to nic innego jak efekt trenerskiego geniuszu Pana Kazimierza. Wymyślił prosty patent. Grę kadry opartą na klubowych dwójkach i trójkach, np.: Ćmikiewicz, Deyna i Gadocha z Legii. Po co na Wembley Bulzacki i Domarski, skoro w lidze są przeciętni – pytali wszyscy. Bulzacki rozumiał się jak nikt z kolegą z ŁKS Tomaszewskim i to był klucz do przetrzymania nawałnicy Anglików. W 57 minucie skrzydłowy Stali Grzegorz Lato, mając u boku kolegę klubowego Henryka Kasperczaka, nie zagrał piłki do wychodzącego legionisty Roberta Gadochy, ale wiedział, że z głębi pola będzie nadbiegał kolejny piłkarz z Mielca Jan Domarski i resztę wszyscy znają. Shilton puścił piłkę pod brzuchem. Dzięki genialnej w swojej prostocie koncepcji Górskiego i akcji trójki piłkarzy Stali Mielec. Na takie zagrywki personalno-taktyczne Fornalika czekamy w piątek oraz w rewanżu z Anglią. Na Wembley.          

Swoje trzeba wiedzieć

Tak czy inaczej dwóch selekcjonerów Kazimierz Górski na pewno wiedzą przebijał i nie wiem dlaczego ci dżentelmeni kojarzą mi się z Romanem Wilhelmim i Andrzejem Lepperem. Pierwszy na treningu chciał się zajmować „rzutemi rożnema”, czy „rzutymi rożnyma”, ale w sukurs przyszli mu zawodnicy i poszli poćwiczyć kornery. Drugi z nich z atrybutów trenerskich miał niewątpliwie szczęście – trafił na utalentowane pokolenie z Juskowiakiem, Kowalczykiem, Kłakiem, Łapińskim, Stańkiem, Brzęczkiem. Potrafił też zrobić atmosferę i był niepowtarzalnym motywatorem. Do legendy przeszła mowa z pewnej odprawy: „Biało-czerwona na maszcie, kiełbasy w górę i golimy frajerów”. Szczęście jednak też kiedyś się kończy, bo z wiedzą czasami byliśmy na bakier.

Poprosiłem kiedyś tego selekcjonera o wytypowanie jedenastki roku na świecie. „W ataku Laudrup” – oświadczył. Ale, który, Michael czy Brian? – zapytałem. „A to Laudrupów jest dwóch?” – odparł. Wyglądało na to, że nie żartował. Podobnie, gdy informował, że „powołałem dodatkowo tego, no, Nowaka z Flamengo”, albo „do Tajlandii wezmę Kasztelana z Polonii” (chodziło o Kaliszana).
Fornalik na szczęście jest na przeciwnym biegunie i wiedzę o wszystkich polskich piłkarzach ma w małym palcu. Musi ją tylko właściwie spożytkować, by nie dotyczyło go znane powiedzenie Górskiego: „To bardzo dobry trener. Ma tylko jedną wadę – nie ma wyników”. A przecież sukcesy w roli selekcjonera kadry ma nawet obecny prezes PZPN Zbigniew Boniek. Tak, tak – to nie kpina. Zibi, atakowany za klęski trenerskie, pół żartem pół serio odpowiada: „A medal mistrzostw świata w Hiszpanii, to kto zdobył? Piechniczek?”. Boniek nie tylko strzelił trzy gole Belgii, ale rządził wtedy ekipą do tego stopnia, że w meczu z Peru pozwolił, aby w składzie pojawił się niezbyt przez niego lubiany, pominięty w meczach z Włochami i Kamerunem Janusz Kupcewicz. I wreszcie zaczęliśmy wygrywać.  

A Piechniczek, zwłaszcza późny, trenerskiego nosa nie miał. Snajpera Gucia Warzychę wystawiał na boku pomocy, a na Wembley w 1996 roku w bramce zamiast będącego w życiowej formie Macieja Szczęsnego wystawił Andrzeja Woźniaka, który podarował dwa gole Alanowi Shearerowi.
Fornalik mógłby też trochę się wyluzować, aby pozbyć się u dziennikarzy i w PZPN ksywki „Fochalik”. Przydałoby się trochę anegdotek, wyrazistych wypowiedzi. Smudą, Bońkiem, czy Gmochem nigdy nie będzie, ale mógłby choć rzucić w stylu Górskiego, że „Piłka jest okrągła, a bramki są dwie”, „Mnie się wydaje, że wygra ta drużyna, która strzeli więcej bramek”. Albo Górski o trunkach, wyborne: „Winko popijam na trawienie, piwko na nerki, koniaczek na serce, a wódeczka najlepiej robi mi na żołądek”. A woda, Panie Kazimierzu? „A wodę to niech żaby piją”.

Dobrze chociaż, że Fornalik jest stoikiem i wydaje się momentami jakby był pozbawiony układu nerwowego, trudno go wyprowadzić z równowagi podczas meczu i przed. To nie jest typ Henryka Apostela, który twierdził, że nie czyta gazet, nie przejmuje się opiniami dziennikarzy, a o godzinie szóstej rano, gdy tylko otworzono kioski, kazał gnać swojemu posłańcowi po „Przegląd Sportowy” i inne dzienniki. Nie jest też chyba strachliwy jak Wojciech Łazarek, który w meczach wyjazdowych z Anglią i Szwecją wprowadzał w życie swoje powiedzonko, że „piłkarze już w tunelu przed meczem mieli brązowe getry z tyłu”. Takie podejście mogłoby na Fornalika sprowadzić inną maksymę Łazarka: „Życie trenera jest jak tramwaj. Jeden do niego wsiada, drugi wysiada”.  

Kadra nie klub

Największy problem Fornalika przed meczem z Ukrainą to trójka z Borussii. Czy ktoś pamięta kiedy ostatnio Piszczek zagrał dobre spotkanie w kadrze? Było takie kiedykolwiek? Niestety pewnie znów Pan Waldemar wystawi Lewandowskiego, więc na gole napastników raczej nie ma co liczyć. I nie opowiadajmy, że problemem „Lewego” jest tylko Obraniak i brak kolegów z Borussii. Co oni wszyscy mają do tego, że Robert partaczy sytuację sam na sam z bramkarzem w Dublinie? Na razie osiem razy z rzędu strzelił w Borussii i osiem razy nie strzelił w kadrze. Jest remis, wyścig trwa. Z San Marino na dziesiątce powinien się zatrzymać, chociaż Furtok musiał tym dzielnym kopaczom strzelić gola ręką. Jak Maradona Anglikom i Scholes Polakom. Na pocieszenie dla „Lewego”: Messi też przez kilka lat grał w reprezentacji Argentyny jak ostatni patałach. Nie wspominając o naszych tylko klubowych piłkarzach, a wśród nich są wyborni strzelcy, czy dryblerzy - Kazimierz Kmiecik, Krzysztof Warzycha, Mirosław Okoński.   

Fornalik, znany meloman, zapowiada, że jego drużyna z Ukrainą zagra w rytm melodii „Hej sokoły”. Oby tylko kibice po ostatnim gwizdku zwrotkę „wina, wina, wina dajcie” zaśpiewali z myślą o świętowaniu sukcesu, a nie, by upić się z rozpaczy.
 
Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”