A przecież to był kolejny, wspaniały sezon panny Justyny, która najpierw w wielkim stylu wygrała mordercze Tour de Ski, a na koniec sięgnęła po czwartą Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Była też najlepsza na dystansach, za co dostała mniejszą Kulę, a w rywalizacji sprinterek przegrała tylko z Amerykanką Kikkan Randall. Odniosła też jeszcze jeden sukces, za zwycięstwo w klasyfikacji bonusów otrzyma samochód bmwx1. Nie będzie nim jeździć, przeznaczy go na pomoc dzieciom chorym na mukowiscydozę.

Kiedy kilka dni temu, po raz pierwszy w karierze wygrała sprinterski wyścig w Sztokholmie optymiści wierzyli, że nie zwolni już do końca i zostawi za sobą cały świat również w kończących sezon biegach w Falun. Ale okazało się, że Kowalczyk, w co trudno uwierzyć, nie jest z żelaza. Przegrała z Norweżkami na swoim koronnym dystansie (10 km stylem klasycznym) i zrezygnowała z niedzielnego biegu pościgowego informując, że jest zmęczona.

Miała prawo do takiej decyzji, wcześniej przecież się nie oszczędzała, żadna z rywalek nie była tak aktywna w pucharowej rywalizacji, jak ona.

Teraz będzie bardzo potrzebny jej odpoczynek, bo 15. maja w Ramsau rozpocznie przygotowania do kolejnego, olimpijskiego sezonu. Trudno powiedzieć, czy jak co roku zagra o całą pulę, ale nie sądzę, by wraz z trenerem Aleksandrem Wierietielnym szukała nowych, cudownych rozwiązań, jeśli dotychczasowe przynoszą sukcesy. Priorytetem będą igrzyska w Soczi, ale Polka na pewno nie będzie wybierać sobie biegów, tak jak Norweżka Marit Bjoergen. Ona dąży do celu metodą startową.  - W formie będzie dopiero po Tour de Ski - zwykł mawiać Wierietielny. Jest silna, wytrzymała i to jej służy.Tym bardziej, że polskiej mega gwieżdzie z Kasiny Wielkiej marzy się piąta Kryształowa Kula. Do tej pory tylko Rosjanka Jelena Wialbe przed laty dokonała tej sztuki, więc jest więcej niż pewne, że Justyna Kowalczyk zrobi wszystko, by jej dorównać.
 
Loty na pożegnanie
 
Biegacze i biegaczki tradycyjnie żegnają się z zimą w Falun, a skoczkowie w Planicy. Na Velikance wygranych było tym razem wielu. Po raz pierwszy konkurs drużynowy wygrali tu Słoweńcy, którzy sezon zakończyli w wielkim stylu, bo na pożegnanie dołożyli jeszcze zwycięstwo Jurija Tepesa w niedzielnych lotach. Zadowolony był też 22. letni Austriak Gregor Schlierenzauer. Kryształową Kulę zapewnił sobie wcześniej, z nikim więc nie musiał się ścigać. W piątek był jednak pierwszy (50. zwycięstwo w karierze), a w ostatnim konkursie 11.  Nikt nie będzie mu z tego tytułu czynić wyrzutów, bohaterowie też mają prawo być zmęczeni. Tak jak Justyna Kowalczyk.

Polscy skoczkowie mają za sobą najlepszą zimę w karierze. Kiedyś był tylko Adam Małysz i pustka za nim. Teraz mistrzostwo świata zdobywa Kamil Stoch, a gdy  na finiszu trochę zwalnia, to zdecydowanie przyśpiesza Piotr Żyła. Wygrał w Oslo na Holmenkollen, w Planicy był trzeci i piąty, znów imponował fantazją i wielkimi możliwościami.
Stoch obronił trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, choć gdyby poleciał tak, jak w drugiej serii sobotniego konkursu drużynowego, wyprzedziłby Norwega Andersa Bardala i byłby drugi. Ale widać też poczuł zmęczenie w kościach.

Polacy są trzecią drużyną mistrzostw świata w Val di Fiemme, w Planicy do podium zabrakło im niewiele, ale wszystko wskazuje na to, że za rok w Soczi mogą się tam znaleźć. Tam samo jak Stoch, Żyła, czy Maciej Kot, który skacze coraz pewniej i dalej. A z tyłu naciskają inni, młodsi. Trener Łukasz Kruczek będzie miał z kogo wybierać.

I to jest największe bogactwo wciąż niekończącej się zimy.