Komentatorzy, nie tylko piłkarscy zadawali trenerowi selekcjonerowi, piłkarzom i działaczom mnóstwo pytań starając się odpowiedzieć na powody zamieszania, jakie powstało wokół rozgrywającego kadry i francuskiego Bordeaux.  Czy brak Obraniaka na boisku jest tylko spowodowany spadkiem jego formy? Czy istnieje jego konflikt z pozostałymi piłkarzami kadry, zawodnikami z Dortmundu w szczególności? Czy Obraniak został pominięty w wyjściowej jedenastce z powodu niedostatecznej znajomości języka polskiego i czy ten problem komunikacyjny może wykluczyć  go z kadry?

Nasi czy „stranieri”?

W komentarzach wracano także do kwestii naturalizacji piłkarzy przyjmujących obywatelstwo aby grać w reprezentacji Polski a także porównywano sytuację naszej kadry z innymi zespołami. Zaciąg zagraniczny i włączanie do reprezentacji narodowej  emigrantów i piłkarzy innych nacji to zjawisko znane w historii futbolu, jednakże na masową skalę pojawiło się w piłce reprezentacyjnej w ciągu ostatnich dwóch dekad.

Zjawisko to występuje w różnych postaciach:  od piłkarzy mających swoje korzenie w byłych imperiach kolonialnych (Francja i przede wszystkim Holandia), naturalizację przedstawicieli mniejszości narodowych (Niemcy) czy też przybyszów z innych kontynentów, potomków emigrantów (Włochy).

Sami doświadczyliśmy dość ekstremalnej formy tego zjawiska podczas eliminacji i Mundialu w 2002 roku, kiedy to gwiazdą reprezentacyjnego ataku był Nigeryjczyk Emanuel Olisadebe oraz podczas Euro 2008, kiedy jedyną bramkę dla naszego zespołu zdobył Brazylijczyk Roger Guerreiro. Zawodnicy ci, dopóki nie pojawili się w naszym kraju nie mieli z Polską żadnego związku. Na tym tle dzisiejszy zaciąg w postaci przybyłych z Niemiec Sebastiana Boenischa i Eugena Polańskiego oraz z Francji Damiena Perquisa i Ludovica Obraniaka wpisuje się w światową tendencję naturalizowania graczy mających rodzinne korzenie w kraju powołującego ich do swojej reprezentacji narodowej.
Surinam – nieznana piłkarska potęga

Piłkarskie potęgi podchodziły do fenomenów integracji i naturalizacji w różny sposób i  z różną szybkością. Bardzo istotny obok elementów piłkarskich, jak podkreślają socjologowie, był tu stopień otwartości społeczeństw, przeszłość kolonialna danego kraju a także stosunek do obcokrajowców.

Najszybciej bramy swojej reprezentacji otworzyli Holendrzy czerpiąc garściami ze swojej byłej kolonii Surinamu (zwanego Gujaną Holenderską). Ten graniczący z Brazylią kraj był holenderską kolonią do 1975 roku i w dalszym ciągu utrzymuje ścisłe relacje z Amsterdamem i Hagą. Przez ostatnie trzy dekady Surinam dostarczył do holenderskiej kadry całą plejadę gwiazd – każda z nich miałaby pewne miejsce w naszej reprezentacji.

Liderami reprezentacji zwanej „Pomarańczową rapsodią”, która zdobyła w 1988 roku Mistrzostwo Europy byli znani każdemu sympatykowi futbolu Frank Rijkaard i Ruud Gullit. Te dwie wielkie gwiazdy światowego futbolu oraz ich kolega z pomocy złotej holenderskiej jedenastki Gerald Vanenburg byli dziećmi emigrantów z Surinamu, chociaż urodzili się już w Amsterdamie. Podobnie jak młodsi o pokolenie Patrick Kluivert, Michel Reiziger, Ryan Babel czy Mario Melchiot. W Paramaribo, stolicy Surinamu urodzili się Clarence Seedorf (zdobywca Pucharu Europy z Ajaksem Amsterdam, Realem Madryt i AC Milanem), Edgar Davids czy Aron Winter. Ich rodziny emigrowały do Holandii w poszukiwaniu lepszego życia a holenderscy Surinamczycy w pomarańczowych koszulkach zostali gwiazdami światowych stadionów.

W liberalnej Holandii ich gra w reprezentacji nie wywoływała sprzeciwów, chociaż komentatorzy przypominają nieudane dla Holendrów Mistrzostwa Europy w Anglii, podczas których gracze z Surinamu – Davids i Seedorf popadli w konflikt z trenerem Guusem Hiddinkiem. Surinam dostarczył do holenderskiej reprezentacji graczy, którzy mieliby pewne miejsce w każdej drużynie. Ich kariery były dla holenderskiego społeczeństwa powodem do dumy – piłkarskiej ale także tej płynącej z sukcesów integracyjnych holenderskiego państwa.

 Francuska integracja

Problemów z naturalizacją nie mieli również Francuzi, czerpiący od dawna ze swoich byłych kolonii i regularnie powołujący do reprezentacji potomków emigrantów. Reprezentacja narodowa, która w 1998 roku zdobyła Mistrzostwo Świata była międzynarodówką w niemal 80% złożoną z piłkarzy urodzonych poza Francją lub potomków emigrantów.

Mistrzami świata zostali m.in. Zinedine Zidane, syn algierskich emigrantów, urodzony w Senegalu Patrick Vieira, adoptowany w wieku 4 lat przez francuską rodzinę a urodzony w ghańskiej Akrze Marcel Desailly, pochodzący z Nowej Kaledonii Christian Karembeu i urodzony w Demokratycznej Republice Konga Claude Makelele. Synowie emigrantów, którzy przez futbol stali się częścią francuskiego społeczeństwa byli symbolem integracji obcokrajowców podczas francuskiego Mundialu.

Niemiecka międzynarodówka

Tak jak symbolem integracji emigrantów były dla Francji Mistrzostwa Świata rozegrane w tym kraju w roku 1998, tak dla Niemców katalizatorem i symbolem przemian społecznych i demograficznych stał się Mundial 2006. Niemcy otworzyli się zdecydowanie później niż Francuzi i Holendrzy na kwestię powoływania do reprezentacji potomków emigrantów i naturalizowanych graczy. W czasach kiedy gwiazdy AC Milan, pochodzący z Surinamu Gullit i Rijkaard decydowały o obliczu reprezentacji Holandii, szefowie niemieckiej piłki nie odczuwali potrzeby powoływania do kadry narodowej piłkarzy o innych niż niemieckie korzeniach. Wyjątkiem był gracz Bayernu Monachium Mehmet Scholl, który po raz pierwszy wystąpił w barwach Niemiec w 1992 roku, zagrał też na Mistrzostwach Europy w 1996 wygranych przez Niemców.

Jednak dopiero przemiany mentalnościowe a także kryzys niemieckiej reprezentacji i jej niemedalowe występy podczas Mundialu we Francji (1998) i Mistrzostw Europy w Holandii i Belgii (2000) zaowocowały powołaniami niemieckich „stranieri”. W reprezentacji pojawili się Brazylijczyk z niemieckim paszportem Paulo Roberto Rink, urodzony w Szwajcarii Olivier Neuville, pochodzący z Ghany Gerald Asamoah oraz „nasz” Mirosław Klose. Zapoczątkowało to lawinowy niemalże proces, dla którego najlepszym katalizatorem stał się niemiecki Mundial. Potomkowie emigrantów z Polski, Chorwacji, Turcji i krajów afrykańskich wywieszali niemieckie flagi pokazując jak piłka nożna przyczynia się do integracji niemieckiego społeczeństwa.

Podczas ostatniego Mundialu reprezentacja Niemiec była już prawdziwą „międzynarodówką” z Kevinem Boatengiem z Ghany, Polakami Podolskim i Klose, Sami Khedirą z tunezyjskimi korzeniami, Mesutem Ozilem potomkiem tureckich emigrantów i synem przybyszów z Hiszpanii Mario Gomezem. W niektórych meczach piłkarze synowie emigrantów i gracze naturalizowani stanowili większość w pierwszej jedenastce!

Chelsea, Inter i Mauro Camoranesi

Na tym tle Włosi i Anglicy nie prezentują się tak okazale, z reguły korzystali z własnych graczy, urodzonych we Włoszech i na Wyspach Brytyjskich. To raczej ich ligi były największym magnesem dla piłkarzy obcokrajowców. Dyskutowano bardziej o tym, że zniesienie limitów dla cudzoziemców w obydwu ligach zamyka dostęp dla włoskich i angielskich talentów osłabiając w konsekwencji narodowe reprezentacje.

Niewielu kibiców poza Wyspami pamięta, że skład londyńskiej Chelsea w jej meczu z Southamptonem w grudniu 1999 roku był przedmiotem dyskusji nawet w angielskim Parlamencie. Wtedy to po raz pierwszy drużyna Premiership wystąpiła w składzie, w którym nie znalazł się ani jeden piłkarz urodzony na Wyspach Brytyjskich.

W 10 i pół roku później włoski Inter Mediolan jako pierwsza drużyna w historii Ligi Mistrzów zagrał w finale tych rozgrywek bez ani jednego piłkarza z kraju, który reprezentuje (w wyjściowej jedenastce). Pod wodzą portugalskiego(!) trenera Jose Mourinho Inter zdobył najcenniejsze trofeum w piłce klubowej pokonując na stadionie Santiago Bernabeu w Madrycie Bayern Monachium 2:0.

Włosi byli bohaterami jeszcze jednej interesującej historii. W 2006 roku wraz z włoską reprezentacją Puchar Świata zdobył Mauro Camoranesi. Urodzony w Argentynie i kupiony do włoskiej Serie A przez Veronę w 2000 roku (miał wtedy 24 lata) piłkarz szybko stał się ulubieńcem włoskich kibiców i graczem turyńskiego Juventusu. W 2003 roku Camoranesi z racji swoich włoskich przodków otrzymał paszport Republiki Włoskiej. A w 2006 roku był podczas niemieckiego Mundialu podstawowym zawodnikiem drużyny, która zdobyła mistrzostwo świata.

Podczas turnieju Camoranesi krytykowany był przez włoskich dziennikarzy za nie śpiewanie włoskiego hymnu. W jednym z wywiadów przyznał z rozbrajającą szczerością, że po prostu nie zna jego słów. A po finałowym meczu Mundialu i pokonaniu Francuzów Camoranesi udzielił pierwszych wywiadów po hiszpańsku dedykując złoty medal chłopcom z argentyńskiego podwórka a w dłuższym wywiadzie oświadczył: „Czuję się Argentyńczykiem, ale broniłem barw włoskich z godnością”. Wyobraźmy sobie jakie reakcje wzbudziłaby np. po awansie na brazylijski Mundial  podobna wypowiedź Eugena Polańskiego czy Sebastiana Boenischa: „Czuję się Niemcem, ale barw polskich broniłem z godnością”!

Obraniak a sprawa polska

Nasz kraj nie posiadał ani bogatych w piłkarskie talenty zamorskich kolonii ani też nie był tak zamożny aby stać się destynacją dla emigrantów z kilku kontynentów. Poszukiwania zawodników przydatnych do reprezentacji za kadencji trenera Franciszka Smudy przypominały akcję ratunkową aby znaleźć wartościowych piłkarzy na dramatycznie słabo obsadzone pozycje.

Dlatego do sprawy Obraniaka należy podchodzić z rozwagą. Dobrze byłoby, gdyby komunikował się w naszym języku z kolegami z reprezentacji i jej trenerami. Jeszcze lepiej aby czuł się częścią zespołu walczącego o awans na Mistrzostwa Świata a koledzy rozumieli się z nim bezproblemowo. Naturalizowani i zapraszani do reprezentacji Holandii, Niemiec czy Włoch piłkarze tych problemów nie mieli. Jednak o ich przydatności, tak, jak w przypadku Obraniaka decydowały zawsze umiejętności piłkarskie.

Nie mając związków z Surinamem ani zastępu piłkarskich talentów na miarę Holandii czy Włoch oceniać musimy każdego piłkarza przez pryzmat jego umiejętności. Być może sprawy tej by nie było gdybyśmy posiadali system szkolenia produkujący masowo rodzime talenty. Dopóki tak nie będzie Obraniaka i innych zdolnych piłkarzy wyrażających chęć gry w koszulce w biało-czerwonych barwach musimy brać pod uwagę. Tak aby nie przegapić polskiego Clarenca Seedorfa i nie przeżywać dramatów kiedy bramki w wielkim turnieju strzelają nam urodzeni w Polsce Podolski i Klose.