Obowiązki służbowe zaprowadziły mnie w ostatnim tygodniu kwietnia do Madrytu. Stolica Hiszpanii przywitała mnie wyjątkowym, jak na tę porę roku, chłodem – światowe media podawały informacje o 30 centymetrowej warstwie śniegu, jakim pokryła się Kastylia. Mieszkańcy Madrytu jednak nie przejmowali się pogodą, zostawiając te zmartwienia turystom odwiedzającym Hiszpanię w poszukiwaniu słońca. W hiszpańskich mediach i na ustach wszystkich przewijało się pytanie o to, czy możliwa jest remontada.

Remontada

To właśnie słowo słyszałem najczęściej od przylotu na madryckie lotnisko Barajas. Powtarzał je taksówkarz, sympatyczna recepcjonistka w hotelu niedaleko stadionu Santiago Bernabeu, a także właściciel kawiarni liczący na to, że publiczne oglądanie rewanżowego meczu Realu przyniesie mu wysokie zyski w trudnych czasach gospodarczego kryzysu. Wszyscy powtarzali słowo remontada jak magiczne zaklęcie, które może odmienić rzeczywistość.

Remontada, czyli odrobienie strat, odwrócenie wyniku w języku hiszpańskim wskazuje na czyn heroiczny. Szczególnie w świecie futbolu – oznacza dokonanie czynu graniczącego z cudem, takiego, który na stałe zapisze się w historii i który wspominać się będzie przez dekady.  W odniesieniu do rozgrywek pucharowych oznacza odrobienia strat w rewanżu z pierwszego, wysoko przegranego spotkania. Na taką remontadę mieli nadzieję kibice królewskiego klubu marząc, aby ich ulubieńcy odrobili straty z pierwszego półfinałowego meczu tegorocznej edycji Ligi Mistrzów przegranego 1:4 z Borussią Dortmund.

Hiszpańskie media przypominały wydarzenia z przeszłości, kiedy Realowi udawało się odrabiać straty z wysoko przegranego pierwszego meczu w europejskich pucharach. Przywoływano słynną drużynę z Del Bosque, Pirrim, Netzerem i Santillaną, która w 1/8 Pucharu Europy w sezonie 1975/76 po przegranej z Derby County 1:4 odwróciła niekorzystny wynik, wygrywając w Madrycie 5:1 po dogrywce. Wspominano wielką madrycką drużynę, która w sezonie 1985/86 zdobyła Puchar UEFA dzięki heroicznym czynom Butragueno  i  Valdano. Po drodze do tego sukcesu w 1/8 finału Real odrobił na Santiago Bernabeu porażkę jeszcze bardziej dotkliwą, niż tę poniesioną w Dortmundzie. Porażkę także z Borussią tylko Moenchengladbach 1:5, Valdano i spółka zamienili w sukces dający awans wygrywając w Madrycie 4:0. Ta sama ekipa sezon wcześniej rozbiła w rewanżu 6:1 Anderlecht Bruksela, odrabiając straty z przegranego w 0:3 pierwszego meczu. Te historyczne remontady miały być  zachętą dla Sergio Ramosa, Xabiego i kolegów, kiedy 30 maja wychodzili z szatni Santiago Bernabeu aby dokonać heroicznego czynu w walce z drużyną z Dortmundu z trzema Polakami w składzie.

Polacy – postrach Madrytu

Wszystkie te odwołania do historii, jak opowiadali mi przed meczem kibice Realu, powinny działać absolutnie budująco na piłkarzy, trenera Jose Mourinho i samych kibiców, gdyby nie pewien urodzony w Warszawie piłkarz. Robert Lewandowski. To właśnie nazwisko reprezentanta Polski pojawiało się we wszystkich rozmowach o zbliżającym się spotkaniu. Wymieniały je wszystkie hiszpańskie media przypominając historyczny wyczyn z pierwszego meczu, kiedy to polski napastnik strzelił Realowi cztery gole.

Marca, As i El Mundo Deportivo analizowały karierę Roberta i jego umiejętności i dokonania. Czytałem te artykuły z uczuciem, które wydawało mi się niemalże zapomniane. Oto polski piłkarz jest bohaterem artykułów w najważniejszych sportowych dziennikach naszego kontynentu. I to nie jednego, nie dwóch, ale całej serii. Marca zatytułowała artykuł o tegorocznym sezonie Roberta El primero de los mortales – Pierwszy ze śmiertelnych - analizując 35 bramek, jakie zdobył w tym sezonie w Bundeslidze, Pucharze Niemiec i Lidze Mistrzów, co czyni z niego trzeciego (po „Nieśmiertelnych” Messim i Cristiano Ronaldo) snajpera w Europie, wyprzedzającego takie gwiazdy jak Zlatan Ibrahimovic, Radamel Falcao, czy Robin van Persie. We wszystkich wypowiedziach hiszpańskich ekspertów, łącznie z Juanito, Santillaną i Butragueno przewijał się ten sam motyw – remontada może się zdarzyć, ale mniej graniczyłaby z cudem, gdyby na boisku w żółto-czarnej koszulce BVB nie biegał Polak, którego nazwisko wymieniano bezbłędnie.

Lewandowskiego bali się wszyscy, podążający na mecz kibice Realu modyfikowali tradycyjne piosenki odsuwające od swoich ulubieńców niebezpieczeństwa kontuzji i pecha dodając tam nazwisko naszego napastnika (chcąc aby los ocalił madrycką bramkę od jego celnych strzałów). Podczas meczu było podobnie, pomimo gwizdów towarzyszących zagraniom piłkarzy Borussii, widać było, że nasz napastnik wzbudza respekt u tej wyjątkowej, doskonale znającej się na futbolu publiki. Co więcej, nie dotyczyło to tylko samego Roberta Lewandowskiego. Świetne recenzje zbierali także Łukasz Piszczek i Kuba Błaszczykowski. Pierwszy, jak twierdzili eksperci publicznej stacji TVE i prywatnej La Sexta, skutecznie powstrzymywał Cristiano Ronaldo, a Błaszczykowski, zwany po prostu Kuba (dla hiszpańskich fanów, podobnie jak dla Niemców jego nazwisko jest zbyt trudne do wymówienia) wskazywany był jako jeden z głównych architektów tegorocznych sukcesów zespołu z Dortmundu. Polskie trio wymieniano jednym tchem z trenerem Kloppem podkreślając, że to właśnie el sangre polaco, czyli polska krew nadała polotu drużynie, która jak żadna inna w ostatnich sezonach potrafiła poradzić sobie z ekipą Jose Mourinho.

Siedzący obok mnie na trybunach Bernabeu działacz Sportingu Gijon bardzo ucieszył się, kiedy dowiedział się, że nie jestem Niemcem. „Sprawdziwszy” moją tożsamość przypomniał hiszpański Mundial z 1982 roku i świetną grę reprezentacji biało-czerwonych. Wspominał trzy bramki strzelone Belgom przez Zbigniewa Bońka i szczerze ucieszył się, że Zibi jest prezesem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jednocześnie zabawił się w futbolowego proroka i powiedział, że przewiduje sukcesy naszej reprezentacji, bo z takimi zawodnikami, jak Kuba, Lewandowski i „ten trzeci, Pichek, wybacz moją wymowę, ale macie piekielnie trudne nazwiska” – powiedział - musimy wreszcie przełamać czarną passę niepowodzeń. Na koniec opowiedział mi o tym, jak to 5 lat temu Sporting Gijon interesował się Robertem Lewandowskim.  „Był na naszej liście życzeń, ale nic z tego nie wyszło. Źle go wtedy oceniliśmy i to jest chyba największa pomyłka w historii klubu. Ale z drugiej strony dla Roberta transfer do Dortmundu okazał się optymalnym rozwiązaniem aby mógł rozwinąć skrzydła”. Sympatyczny Hiszpan podkreślił, że to właśnie los Polacos najbardziej dali się we znaki ulubieńcom Madrytu.

Polscy zawodnicy w meczu na Santiago Bernabeu bramki nie zdobyli, ale ich występ oceniono świetnie. Kiedy Lewandowski opuszczał boisko przy stanie 0:1, jeden z najsłynniejszych stadionów świata żegnał go z uznaniem w duchu fair-play, a fakt, że w minutę po jego zejściu Sergio Ramos strzelił drugą bramkę dla „Królewskich” trybuny uznały za prawdziwy znak. Okrzyk „Si, se puede” – tak, to jest możliwe – słychać było jeszcze głośniej, a mój sąsiad rzucił: „Bez Lewandowskiego na boisku możemy dokonać cudu!”.

Cud, jak wiemy (na szczęście dla Borussi i polskich piłkarzy) się nie zdarzył, ale stosunek kibiców Realu oraz hiszpańskich mediów do Polaków ma symboliczną wymowę. Bohaterem rewanżu był Sergio Ramos – hiszpańskie media zgodnie twierdziły, że kapitan biało-niebieskich zasłużył sobie na to  miano nie tylko za ducha walki, ale za pojedynki, jakie toczył z Lewandowskim. Mimo że napastnik z numerem 9 nie strzelił gola, uznano go za jednego z bohaterów meczu, który nie pozwalał Realowi rozwinąć skrzydeł, a każde jego dojście do piłki było sygnałem do alarmu. Świetne noty zebrał Łukasz Piszczek, a słabszej dyspozycji Ronaldo nie tłumaczono jego złym nastrojem i urazami, ale skuteczną grą polskiego obrońcy.

Kid Polaco

Hiszpańskie media nazwały Roberta Lewandowskiego Kid Polaco – Polski Dzieciak, ale były to słowa podziwu, wyraz uznania, że w tak młodym wieku piłkarz o „twarzy dziecka” wyeliminował wielki Real. Prawdziwy hołd naszemu napastnikowi złożyła hiszpańska prasa w piątek, trzy dni po meczu. Madrycki As swoją okładkę w całości poświęcił Robertowi umieszczając na niej jego wielkie zdjęcie i pisząc o chęci Realu, aby w następnym sezonie zagrał w barwach „Królewskich”. A jeden z najważniejszych hiszpańskich komentatorów piłkarskich Pedro P. San Martin poświęcił mu osobny tekst pt. „Łowca bramek, który zapewnia trofea”, pisząc, że polski napastnik BorussIi wzbudził zachwyt wszystkich fanów Realu nie tylko swoimi czterema bramkami w Dortmundzie, ale również grą i walecznością podczas rewanżu w Madrycie. „Mamy do czynienia z piłkarzem zaliczającym się do tych graczy, dzięki którym wygrywa się Ligę Mistrzów.  Jego  profil wszechstronnego łowcy bramek jest kompletny – tworzą go boiskowa postawa, zwinność, siła fizyczna i umiejętność oddania strzału. W dodatku nigdy nie cofa się przed bezpośrednią walką na boisku, odpowiadając futbolem, jak widzieliśmy podczas jego pojedynków z Sergio Ramosem (…) polski napastnik łączy w sobie to, co mogą zaoferować  Higuain i Benzema razem i kto wie, ile jeszcze więcej. Samo myślenie o tym, jak daleko może zajść duet Cristiano-Lewandowski pozwala odrodzić się zgaszonym nadziejom kibiców Realu.”

Cóż można dodać do słów madryckiego dziennikarza? Chyba tylko to, że na madryckim Plaza Cibeles, gdzie świętują sukcesy Realu jego kibice, było w pomeczową noc pusto. Na Puerta del Sol, innym centralnym placu Madrytu, o którym rok temu pisały wszystkie dzienniki świata, ponieważ okupowali go rozgoryczeni kryzysem gospodarczym Hiszpanie, świętowali kibice w koszulkach Borussii Dortmund. Obok, przy głównej arterii hiszpańskiej stolicy Calle Mayor znajduje się jeden z najpiękniejszych placów Madrytu – Plaza Mayor. Pod arkadami, na remontowanych drzwiach jednego z tradycyjnych lokali, nad którym wisi godło Madrytu, ręka kibica napisała nazwisko: Lewandowski. Obok innym charakterem pisma ktoś dopisał Kuba & Piszczek.