Z pewnością podobał się wszystkim fanom Fernando Alonso. Miło było patrzeć jak uskrzydlony fanatycznym dopingiem swoich rodaków dał popis swych nieprzeciętnych umiejętności. Przed wyścigiem Alonso powiedział, że w domu daje  z siebie 150 proc. i tak też było tym razem. Tego dnia kierowca Ferrari był nie do zatrzymania i w pełni zasłużył na zwycięstwo.

Nic nie ujmując Alonso, trzeba powiedzieć sobie szczerze, że to Grand Prix momentami zakrawało na groteskę. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt,
gdy w czasie imprezy, która z natury ma być rywalizacją, inżynierowie zespołów prosili swoich zawodników, by nie walczyli. Tak, bo priorytetem było utrzymanie opon w dobrym stanie. Jak stwierdził po zawodach czwarty na mecie Mistrz Świata Sebastian Vettel "to nie było tempo bolidu, to było tempo opon."  

Opony, czarne złoto, powód dla którego od kilku lat Formuła 1 nabrała nowego oblicza i stała się atrakcyjniejsza dla szerszego grona odbiorców, teraz widowisko zepsuły. Od początku sezonu toczy się dyskusja czy firma Pirelli nie przesadziła przypadkiem z tegorocznymi mieszankami. Pomysłem na ściganie miały być mało wytrzymałe opony, które sprawią, że kierowcy będą musieli bardziej dbać o nie. Przy okazji umożliwią częstsze potyczki na torze.

Rok temu ten pomysł okazał się dobry. W tym, miało być jeszcze ciekawiej, ale przykład Hiszpanii pokazał, że inżynierowie posunęli się chyba o jeden krok za daleko. Po części to specyfika tego obiektu. Niemniej na torze Catalunya taktyka, tempo jazdy, nawet walka podporządkowana była temu, by utrzymać gumy jak najdłużej przy życiu. Opony niszczyły się zbyt szybko. Większość zawodników aż cztery razy musiała zjeżdżać do boksów po nowy komplet. Parafrazując jednego z kibiców, można powiedzieć, ze cztery postoje może mieć autobus wycieczkowy, a nie bolid, który się ściga.

Trzeba przyznać, że włoski producent szybko wyciągnął wnioski z Grand Prix Hiszpanii. Szef sportu Pirelli Paul Humbery przyznał " Naszym celem były dwa-trzy postoje w wyścigu" dodał też, że producent postara się przygotować na GP Wielkiej Brytanii ulepszony wariat ogumienia.

Jeśli jednak ktoś marzy o dawnym ściganiu, gdy kierowcy potrafili przejechać pół wyścigu w tempie kwalifikacyjnym, to nic z tych rzeczy. Formuła 1 idzie z duchem czasu. Czy komuś się to podoba czy nie, dziś mało komu imponuje, gdy ktoś pędzi ponad 300km/h i wykorzystuje każdy milimetr toru by uzyskać jak najlepszy czas. W dzisiejszych czasach kibice potrzebują akcji tu, teraz i jak najwięcej. Epickie walki na czasy okrążeń i staranne przygotowywanie ataku przez kilka okrążeń odeszły do lamusa. Dziś mamy DRS i opony, dzięki którym wyprzedzeń jest więcej niż kiedykolwiek. I niech tak będzie. Wystarczy, jak we
wszystkim w życiu, znaleźć złoty środek.