Wchodził do ringu w czarnych butach bez skarpetek i szybko nokautował  rywali. Kiedy nieoczekiwanie przegrał w Tokio z Jamesem Busterem Douglasem zatrzęsła się ziemia. Trudno było uwierzyć, że ktoś mógł tego dokonać.

Pamiętam rozmowę, którą rok przed tym pojedynkiem przeprowadziłem dla "Sztandaru Młodych" w jednym z katowickich hoteli z Teddy Atlasem, pierwszym trenerem Tysona. Był konsultantem podczas kręcenia scen bokserskich w filmie „Triumf Ducha" Roberta Younga opowiadającym historię greckiego Żyda z Saloników, Salamo Aroucha, który toczył walki w obozie w Oświęcimiu ku uciesze esesmanów. To były wojny na śmierć i życie, a stawką był kawałek chleba.

Atlas mówił mi wtedy o Tysonie ciekawe rzeczy. Podkreślał, że to chłopak bardzo inteligentny, choć wychowała go ulica i szybko uczy się nie tylko boksu, ale i życia. Przekonywał też, że kiedyś przegra, ale z samym sobą. Chyba nie sądził, że nastąpi to tak szybko.

Komentowałem wiele walk „Żelaznego Mike'a"  ze studia w Warszawie, ale przy ringu znalazłem się dopiero w 1997 r, gdy w MGM Grand Garden Arena w Las Vegas toczył rewanżowy pojedynek z Evanderem Holyfieldem. To siedzący obok mnie Przemek Saleta, z którym komentowałem tą niesamowitą walkę pierwszy zauważył, że Tyson odgryzł  Holyfieldowi kawałek ucha. Emocje były nieprawdopodobne, chyba nikt nie wierzył, że to co widzi dzieje się naprawdę.

Trzy lata później znów otarłem się mocno o „Bestię". Najpierw na konferencjach prasowych, później podczas oficjalnego ważenia poprzedzającego jego walkę z Andrzejem Gołotą w Detroit. A właściwie w Auburn Hills, bo tam odbył się ten pojedynek.

Godzinę po walce zakończonej niesławną ucieczką Gołoty z ringu widziałem zwycięzcę jak wychodził  samotnie z Pałacu Sportu. Był mniejszy niż kiedykolwiek, skurczony i smutny. Już wtedy nie lubił boksu. Później, gdy przyszedł czas niepotrzebnych walk i przegrywania demonstrował to całym sobą.

Tak więc, gdy dziś mówi o tym, że za żadne skarby nigdy nie założy już bokserskich rękawic można mu wierzyć. Mike Tyson właśnie znów odwiedził Polskę, ale już w innej roli. Reklamuje napój energetyczny i przy okazji odpowiada na pytania związane z boksem. I jeśli to on mówi o strachu przed każdym pojedynkiem, to można tylko sobie wyobrazić, co czuli ci, których nokautował.

- Jaki on mały, niewiarygodne, że wszyscy się go bali - szepnął tylko kolega, widząc po raz pierwszy oswojoną już „Bestię" na własne oczy. Trafił w sedno. Mike musiał naprawdę być znakomitym bokserem z piorunami w pięściach, by tak skutecznie zamiatać ring większymi o głowę. Była w tym jakaś magia, ale dzięki niej seanse grozy, które nam fundował zapamiętamy na zawsze. Mike Tyson jest i był tylko jeden.