Przyznam się, że wolałbym jednak dowiedzieć się o tym, że jestem mistrzem na boisku i pod tym względem Lech popsuł trochę radość legionistów. Puszczając wodze wyobraźni zastanawiam się, czy tak samo smakuje radość z tytułu gdy np. Radović dowiaduje się o nim siedząc schowany w jakimś ustronnym kącie knajpy, przy drinku raczej już nie w Enklawie. Kosecki po raz enty skarżący się, jeśli tylko znajdzie słuchacza, że ktoś go napastuje słownie, raptem wypłakuje swoje żale jako mistrz Polski. Ljuboja szukając po całej Warszawie ukrywającego się przed nim Radovica, w ułamku sekundy staje się poszukującym mistrzem.


Już słyszę śpiew młodych legionistów wspólnie oglądających mecz Lecha: idzie, idzie Podbeskidzie,  widzę ściskanie kciuków za Pawelę, żeby wykorzystał rzut karny mimo prób Trałki, by go zdekoncentrować. Swoją drogą mam nadzieje, że nigdy nie dowiem się, co Trałka szepce na ucho Paweli tuż przed karnym i że nie ma tam nic o łamaniu czegokolwiek. I czuję napięcie sztabu trenerskiego Legii przed tv,  które przekształca się w ulgę i luz mistrzowski, mimo tego, że tę chwilę dał im trener Michniewicz. Najgorzej w tej sytuacji  poczuł się chyba Bereszyński, były piłkarz Lecha, który już totalnie zdezorientowany nie wiedział, czy może się cieszyć, czy smucić i czy wypada mu dziękować poznaniakom.


Tytuł mistrzowski Legia wywalczyła zdecydowanie zasłużenie solidną grą przez cały sezon. Moment i sposób otrzymania informacji o mistrzostwie, zawdzięczają po trosze sobie - remis z Widzewem, a w większej części słabej grze Lecha i świetnej postawie Podbeskidzia. I tylko nasuwa mi się taka myśl, że ta chwila radości piłkarzy przypomina mi bardziej fetę i euforię kibica, biernego obserwatora, a nie uczestnika, triumfatora, zdobywcy tytułu mistrza Polski. Na to uczucie legioniści muszą zapracować w ostatnich dwóch kolejkach ligowych, a trener Rumak pewnie do listy sukcesów i tak dopisze zepsucie radości Legii z mistrzostwa Polski.