Dziwne, że jeszcze żadna stacja telewizyjna nie zaczęła kręcić telenoweli o Robercie Lewandowskim. Tematów jest bez liku i codziennie spływają nowe newsy. Właśnie wziął ślub, wczoraj reklamował ostrza, przedwczoraj automobile, wcześniej strzelił cztery gole Realowi, w kadrze nic nie strzelił ponad 1000 minut, klub zmienia właściwie minimum raz w tygodniu, a to Borussia, a to Bayern, Chelsea, dwa Manchestery, Juventus, Barcelona, Real, znowu Bayern i drugi raz Real. Gdzie to on już właściwie nie grał, może spokojnie kończyć karierę.

Gorzej, że w ostatnich tygodniach w odniesieniu do Lewandowskiego mniej mówi się o golach (bo od tych czterech z Realem, to już nic istotnego w zasadzie nie strzelił), a więcej o pieniądzach i prawnikach, co powoli staje się symbolem współczesnego sportu, zwłaszcza futbolu. I nie jest to wymysł mediów, ale efekt działań samego piłkarza, który z Borussią zaczął podobno rozmawiać już przez swoich prawników. „Lewy” i jego menedżerowie pożalili się, że działacze z Dortmundu nie dotrzymują słowa, bo podobno zgodzili się na odejście Polaka po tym sezonie do Bayernu, a teraz to blokują.

Hola, hola, Panowie. Abstrahuję od tego, czy działacze Borussii obiecywali i co. A czy Robert Lewandowski, podpisując z Borussią kontrakt nie obiecał jej, że będzie grał w Dortmundzie do czerwca 2014 roku. Jest to na piśmie, z autografem piłkarza, który od dłuższego czasu chce się z tej umowy wymiksować. Lewandowski ma żal do Borussii, a to raczej klub powinien mieć żal do niego. Piłkarz i jego menedżerowie uzgodnili przejście do Bayernu i warunki kontraktu w Monachium prawie rok temu, a więc niemal dwa lata przed wygaśnięciem kontraktu. Jest to wbrew przepisom UEFA, które pozwalają zawodnikowi negocjować kontrakt z nowym klubem najwcześniej rok przed zakończeniem starej umowy. Jeśli konflikt w trójkącie Borussia-Lewandowski-Bayern będzie się zaostrzał, pewnie w zarządzie Dortmundu ktoś sobie o tym przypomni, bo dotąd rozgrywali to wyjątkowo dyplomatycznie, wiedząc, jak Robert potrzebny jest zespołowi.      

20 mln euro to więcej niż zero

Z drugiej strony abstrakcyjne brednie wypisują w tej sprawie dziennikarze „Bildu”. Jeden z nich stwierdził, że Lewandowski powinien podziękować Borussii, że ta chce mu podnieść kontrakt z 1,5 mln euro do 4,5 mln i grzecznie grać dla Dortmundu, a nie jątrzyć z Bayernem. Facet urwał się z choinki. Nawet jego gazeta pisała pół roku temu, że Bayern gwarantuje Polakowi minimum 7,5 mln euro rocznie, a nie zdziwiłbym się, gdyby po czterech golach z Realem „Lewy” miał teraz zapewnione w Monachium 10 mln euro za sezon. Więc o czym Ty człowieku piszesz, jakie „ma podziękować”? Za co? Że Borussia nawet po trzykrotnej podwyżce daje mu kilka milionów euro rocznie mniej niż Bayern? Dziękować za to, że oferują mu ponad dwa razy niższy kontrakt niż Bayern? Gdyby temu dziennikarzowi jakakolwiek niemiecka gazeta zapłaciła rocznie 5 mln euro więcej niż „Bild” – jak Bayern Lewandowskiemu - wrzuciłby umowę z gazetą do kosza i przeszedłby całe Niemcy na kolanach, by podpisać kontrakt z nowym pracodawcą. A Polakowi każe to odrzucić i dziękować Borussii. Czy on ma wszystkich za idiotów?    

Inna sprawa, że to Lewandowski chce zerwać kontrakt, porozumiał się dawno z Bayernem, to on jest nie w porządku wobec klubu i powinien zachować więcej pokory. Rozmowy przez prawników, żale o niedotrzymane umowy, twarde negocjacje, nie wyglądają dobrze wobec klubu, w którym się tak świetnie wypromował (i wzajemnie). Tak naprawdę sytuacja od dawna jest niezmienna – „Lewy” i jego menedżerowie porozumieli się z Bayernem, nie interesują ich inne kluby, ale problem w tym, że Borussia nie jest w stanie dogadać się (zwłaszcza, że po transferze do Bawarii Goetzego nie bardzo chce) co do kwoty transferu z klubem z Monachium.

Ostatnie ostra deklaracja prezydenta Borussii, że klub na pewno nie puści Lewandowskiego do Bayernu, to zapewne nic innego niż element negocjacji, by rywale zapłacili tyle, ile chce Watzke. Chodzi o to, że Borussia żąda 30 mln euro, a Bayern daje w granicach 20-25 mln. I Borussia pewnie ustąpi, bo za rok dostanie za „Lewego”, który nie chce przedłużyć kontraktu – zero euro. A zero i 20 mln euro to spora różnica.

CM 711 selekcjonerem?

Coraz gęstsze burzowe chmury krążą wokół PZPN i Waldemara Fornalika. Boję się, żeby i w tym przypadku nie skończyło się na rozmowach prawników, bo chodzi o spore jak na polskie warunki pieniądze. Selekcjoner zarabia miesięcznie około 160 tysięcy złotych i niechętnie rozstałby się z tymi zarobkami. Zbigniew Boniek deklarował co prawda, że na razie trwają eliminacje, mamy jeszcze teoretyczne szanse na mundial, więc Fornalika zwalniać nie zamierza. Gazety donoszą jednak, że w piątek spotkał się z Panem Waldkiem i w poniedziałek może być dogrywka. Co więcej, zdaniem „Faktu” (a ten jest ostatnio w świetnych stosunkach z PZPN) Zibi niezobowiązująco pytał Czesława Michniewicza, na jak długo ma podpisany kontrakt z Podbeskidziem.

Jeśli Michniewicz miałby zostać nowym selekcjonerem, to może „Fryzjer” mógłby być dyrektorem reprezentacji Polski – dobre wyniki gwarantowane. Co prawda Boniek swego czasu uznał go za persona non grata w polskiej piłce, więc nie wiadomo, czy ta kandydatura przejdzie. Na pewno nie byłoby problemów z połączeniami telefonicznymi na linii selekcjoner – dyrektor, nawet gdyby miało ich być powyżej 700. A na przykład do wiceprezesa ds. szkolenia ludzie z PZPN i przez tydzień nie mogą się dodzwonić. Zmartwiłaby się tylko rodzina Szczęsnych. Po tym jak Maciej kazał zakładać sędziom fryzjerski fartuch, a Michniewiczowi wręczył koszulkę z nadrukowanym telefonem komórkowym i napisem „CM 711”, Wojciech mógłby mieć problemy z powołaniami od nowego selekcjonera. Chyba, że dostałby je telefonicznie.

Na giełdzie następców Fornalika pojawiło się też nazwisko Adama Nawałki. Jeśli selekcjonerem ma być Nawałka, to może być nim także Brosz, Stawowy, a nawet Kiereś. W takim razie Lenczyk, Skorża, czy Nowak mogą spokojnie walczyć o posadę trenera kadry Brazylii, albo Hiszpanii, skoro Nawałka ma być u nas „Narodowym”. Jakoś tak Nawałka kojarzy mi się z trenerem, który, gdzie by nie poszedł, to specjalnie mu nie wyszło. Ale może to tylko moje mylne wrażenie.

Fornalik jak Kasperczak?

Z Fornalikiem jest taki problem, że PZPN go nie chce, bo został zatrudniony przez poprzedni zarząd, a w zasadzie przez Piechniczka z Latą, na dodatek kadrze na wiosnę nie szło, w praktyce szans na wyjazd do Brazylii nie mamy. Ale na papierze one wciąż są i tu jest pies pogrzebany. A Fornalik ma kontrakt do końca 2013 roku, ale z opcją automatycznego przedłużenia do lipca 2014 w przypadku awansu. Gdyby go zwolnić teraz, gdy są jeszcze teoretyczne szanse na awans, trzeba by mu płacić aż do zakończenia mistrzostw świata, bo trener na pewno tego zażąda w przypadku dymisji i będzie argumentował, że z nim zespół mógł awansować. Lepiej dla PZPN poczekać aż szanse na awans stracimy, wtedy umowa wygaśnie w Sylwestra. Może więc w poniedziałek będą jakieś negocjacje w sprawie polubownego rozwiązania umowy?

 A nie chodzi o drobne, tylko około 160 tysięcy złotych miesięcznie. 12 razy 160 tysięcy to prawie dwa miliony złotych, czyli tyle, ile wielu Polaków nie zarobi nawet przez całe życie. Oby nie skończyło się to takim cyrkiem jak w Wiśle Kraków, gdy zwalniano Henryka Kasperczaka. Bo Fornalik przyjdzie na konferencję nowego selekcjonera i powie, że to on prowadzi kadrę, jak kiedyś Kasperczak wirtualnie Wisłę.   

Urodziny Asi z 4B na Narodowym

Na Stadionie Narodowym proces z głównym wykonawcą trwa już od dawna i nie chodzi o drobne, ale setki milionów. To i tak lepiej niż z procesami naszych instytucji z wykonawcami autostrad, bo tam procesują się o miliardy złotych, a do gry włączyli się nawet ambasadorowie. Wokół Narodowego trwa za to spektakl propagandowy, który przebija PRL i filmy Barei. Niedawno Narodowe Centrum Sportu wydało oświadczenie, że firmie od elektryczności pieniądze zapłacono, choć… ta firma pieniędzy nie dostała (nie będę tłumaczył dlaczego, bo to temat na odrębny artykuł). W minionym tygodniu ministra Joanna Mucha i Marcin Herra, prezes spółki PL2012+, zwołali konferencję prasową, na której pochwalili się, że po zmianie zarządzających stadionem, Narodowy odwiedza coraz więcej osób, będzie na nim coraz więcej imprez i – co najważniejsze – w 2013 roku do kosztów utrzymania obiektu dołożymy, uwaga, tylko około 20 mln złotych. Rok po Euro 2012 Narodowy, który miał na siebie zarabiać i generować zyski, przyniesie tylko 20 mln strat. Rewelacja, to znakomita wiadomość dla podatników, że nie muszą dołożyć całych 30 mln zł (roczny koszt utrzymania obiektu).

Najlepszą wiadomość rozesłano kilka tygodni przed konferencją. Otóż operator Stadionu Narodowego zachęca do urządzania na nim przyjęć, urodzin, imienin itp. Znakomity pomysł na wykorzystanie obiektu za dwa miliardy złotych. Urodziny Asi z klasy czwartej B. Ależ biznes. Sponsora tytularnego nie znaleziono od trzech lat, spośród kilkudziesięciu lóż do niedawna wynajęte były bodaj dwie, powierzchnie biurowo-konferencyjne święcą pustkami, ale imieniny cioci Matyldy, proszę bardzo. Ale może to lepsze niż wielkie koncerty. Bo jeszcze kilka takich jak Madonny z dopłatą 5 mln zł i budżet pójdzie z torbami, a do urodzin nie trzeba przynajmniej dokładać. Chyba.

W każdym razie Mucha i Herra obwieścili, że Stadion Narodowy ma na siebie zarabiać od 2015 roku. Bardzo odważna i sprytna deklaracja, zwłaszcza, że za dwa lata, po wyborach, najprawdopodobniej zmieni się partia rządząca oraz minister sportu (tu chyba nawet wcześniej, przed wyborami), zapewne więc będzie też nowy prezes spółki PL2012+. Jeśli więc – co jest niemal pewne – w 2015 roku Narodowy na siebie nie zarobi, tłumaczyć się z tego będą już inni. A obecni decydenci przejdą do opozycji i będę zastanawiać się, jak można było doprowadzić do deficytu na Narodowym, skoro został przygotowany tak świetny plan. Osobiście postawiłbym raczej tezę, że – bez względu, która partia będzie rządziła – Narodowy nigdy na siebie nie zarobi, a przynajmniej przez najbliższe 10 lat, bo został zaprojektowany bez głowy sportowo (brak bieżni, wysuwanej spod trybun, mała pojemność, co blokuje nam rozegranie wielu imprez, łącznie ze staraniami o igrzyska olimpijskie) i biznesowo. Marcin Herra był osobą, która koordynowowała przygotowania do Euro, a więc i budowę Stadionu Narodowego, zarządzanie nim. Gdy te działania nie wypaliły, człowiekiem, który to naprawia jest… Herra. Ciekawe.     

Powrót bazaru i szczęk

Pomysły na zarabianie są różne. Od egzotycznych, typu urodziny Asi, skoki narciarskie, dwudniowy mityng pływania synchronicznego z Anglią, do spektakularnych i sensownych, jak mecz otwarcia siatkarskich mistrzostw świata na Narodowym, czy pojedynek Janowicza z Federerem (choć mam wrażenie, że jednak typowa dobra hala i kort, to bardziej odpowiednie miejsca do tych wydarzeń, ale niech będzie, bo stworzą się spektakle, show i będzie o czym pisać).

Mam jednak lepszy pomysł, sprawdzony, wielkie zyski gwarantowane. Zróbmy z powrotem na Narodowym bazar. Jarmark Europa, tylko w trochę lepszych warunkach, trochę wyższe czynsze. Rozstawi się szczęki wokół boiska, na trybunach, na kilku piętrach, na parkingach, wynajmie sale i loże na butiki.  Najdroższy czynsz w miejscu, w którym Lewandowski strzelił gola Grecji na Euro. Murawy i tak tam nie ma, tylko beton, a piłkarzom obiekt potrzebny jest rzadko. Reprezentacja Polski od września, gdy jest mecz z Czarnogórą, przez rok prawdopodobnie już na Narodowym nie zagra, bo następne mecze eliminacyjne u siebie dopiero jesienią 2014 roku, a towarzyskie mają być grane głównie poza Warszawą. Poza tym na mecz szczęki można złożyć.     

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times