„A ja  jestem, proszę Pana na zakręcie. Moje prawo, to jest Pańskie lewo…” – napisała przed laty wielka polska autorka tekstów piosenek Agnieszka Osiecka. Mam wrażenie, że na zakręcie są w polskiej piłce prawie wszyscy, zwłaszcza możni. Począwszy od reprezentacji narodowej i selekcjonera Waldemara Fornalika, przez PZPN, mistrza kraju Legię Warszawa po najlepszego naszego kopacza Roberta Lewandowskiego. I w prawie każdym przypadku „Jednych prawo, to jest drugich lewo”.

Prawo – nomen omen – „Lewego”, to jest lewo Borussii Dortmund. Prawo kibiców i trenera Legii, to jest lewo jej właścicieli. Prawo PZPN to jest lewo wielu klubów i działaczy. Prawo Fornalika, to jest lewo chyba wszystkich, tylko nie wszyscy się do tego przyznają, udając, że jadą na tym samym wózku, w tym samym kierunku. Choć wszyscy jadą bardziej w stylu słów z piosenki do serialu „Zmiennicy”: „Coś być musi do cholery za zakrętem”.

Tydzień temu zakończyły się dywagacje na temat tego, czy Fornalik wyleci teraz, czy dopiero jesienią. Zbigniew Boniek ogłosił, że selekcjoner zostaje na stanowisku do końca kontraktu. Co to tak naprawdę oznacza? Trzy sprawy. Dla PZPN spore oszczędności. Fornalik ma umowę do końca roku 2013 z opcją automatycznego przedłużenia do lipca 2014 w przypadku awansu na do mundialu. Gdyby więc został teraz zwolniony, trzeba by mu płacić 160 tysięcy miesięcznie jeszcze przez rok, do lata 2014, czyli w sumie około dwóch milionów złotych, bo wciąż teoretycznie mamy szanse na awans. Lepiej więc dla Związku go zostawić, bo gdy jesienią przegramy eliminacje – co jest pewne jak to, że polski tenisista nie wygra Wimbledonu – to w październiku Fornalik i tak odejdzie, ale pieniądze dostanie tylko do grudnia 2013, czyli o milion mniej. Uznano więc, że lepiej się z nim cztery miesiące przemęczyć, niż zwalniać teraz i płacić milion więcej.

Stracony czas i męki wszystkich

Druga kwestia, wynikająca z pozostawienia Fornalika, jest taka, że to sposób na oszczędzenie reputacji nowego selekcjonera. Dzięki temu nie będzie spalony na starcie. Lepiej żeby eliminacje przegrał Fornalik, niż miałoby to spaść na nowego selekcjonera. Mecze z Czarnogórą w Warszawie, a w zwłaszcza z Ukrainą w Kijowie i Anglią na Wembley, są bardzo ciężkie, więc nowy selekcjoner miałby ogromne szanse na porażki, biorąc pod uwagę poziom i sytuację naszej kadry. A to na dzień dobry podkopałoby jego autorytet przed eliminacjami Euro 2016 i rozpoczęło dyskusje, czy aby na pewno postawiliśmy na właściwego konia. A tak następca Fornalika rozpocznie z czystą kartą mecze towarzyskie i budowę drużyny, a nawet jeśli w nich wypadnie słabo, to i tak kredyt zaufania na eliminacje będzie miał.

Czy jednak to pozostawienie Fornalika jest dobre dla polskiej piłki? Moim zdaniem jest kompletnie bez sensu. W praktyce szanse na awans mamy żadne, a jeśli miałby się zdarzyć cud, to szybciej pod wodzą nowego trenera, który tchnie innego ducha w tych piłkarzy, niż za rządów Fornalika. Najbliższe cztery miesiące to będzie więc stracony czas dla polskiej piłki i reprezentacji Polski. Czas, w którym wszyscy będą się bez sensu męczyć ze sobą, a ten cenny czas nowy selekcjoner mógłby przeznaczyć  na budowę nowego zespołu. I miałby do tego wspaniałe pole – mecze o punkty z tak dobrymi rywalami jak Czarnogóra, Ukraina i Anglia. Tymczasem zacznie tę pracę w praktyce dopiero pół roku później, wiosną 2014 roku, a tych meczów towarzyskich i terminów UEFA nie będzie wcale tak dużo.

Ta decyzja z Fornalikiem to ślepa uliczka. Żeby nie było wątpliwości, nie oceniam go źle i nie jestem za jego zwolnieniem. Natomiast zdaję sobie sprawę – bez względu na to jakie są oficjalne wypowiedzi w mediach – że nowego zarządowi PZPN nie jest po drodze z Fornalikiem. Tak samo, jak nie ma on już autorytetu u większości zawodników kadry i zaufania kibiców. Nikt już tak naprawdę nie chce Fornalika – może poza nim samym i Antonim Piechniczkiem - a wszyscy będą się z nim męczyć kolejnych kilka miesięcy i on ze wszystkimi. Całkowity bezsens.    

Młodości, Ty z ekstraklasy wylatuj

Czekam z utęsknieniem na lepsze czasy polskiej piłki, ale na razie – w przeciwieństwie do tego ślepego konia, który na pytanie, czy wygra Wielką Pardubicką, odpowiedział: nie widzę przeszkód - jakoś tego nie widzę. Odbył się zjazd PZPN, nie udało się dogadać w sprawie statutu. Kilka tygodni temu pisałem, że nie podoba mi się reforma ekstraklasy i rozgrywek młodzieżowych. Z systemu grupowego pewnie wycofamy się za rok, czy dwa, tak jak dziesięć lat temu już raz zrobiliśmy. Zlikwidowanie Młodej Ekstraklasy, gdy w jej miejsce nic nie powstaje – nie zastępuje jej centralna liga juniorów, bo to tylko reorganizacja tych rozgrywek, które już istniały i są one dla młodszych piłkarzy do lat 18 – uznałem za strzał w stopę, który odbije się czkawką na poziomie szkolenia młodych talentów. Kilka dni temu podobny głos do mojego zabrały w sprawie Młodej Ekstraklasy kluby, w tym dwa najlepsze – Legia Warszawa i Lech Poznań.

Istotę sprawy najlepiej oddaje fragment artykułu Radosława Nawrota w „Gazecie Wyborczej” – „PZPN spuszcza młodych piłkarzy na ligowe dno”:

"Katastrofa", "Nie ma najmniejszego sensu" - tak Lech i Legia komentują reformę, która skaże najzdolniejszych juniorów do kopania się z bardzo słabymi rywalami. Inne kluby też się buntują. Buntują się, bo to dla nich być albo nie być szkolenia młodzieży. PZPN zlikwidował właśnie Młodą Ekstraklasę. Zastąpi ją Centralna Liga Juniorów, która jednak obejmie wyłącznie piłkarzy poniżej 18. roku życia. Trochę starsi, dotąd przygotowujący się do dorosłego futbolu właśnie w ME, będą musieli grać w drużynach rezerw. Dla Lecha oznacza to czwarty poziom rozgrywek (nominalnie III liga), a dla Legii piąty (IV liga).
- Jeśli nasze rezerwy faktycznie wylądują w III lidze, będzie katastrofa. Słaby poziom, kiepska rywalizacja. Cały system szkolenia - wszystkie podpisywane kontrakty i plan przygotowań - weźmie w łeb. Gra w trzeciej lidze podważa sens szkolenia w naszej akademii. Nie możemy dać chłopcom żadnych perspektyw, zrzucaniem ich tak nisko nie przygotujemy nikogo do ekstraklasy - mówi Piotr Rutkowski z zarządu Lecha.”

Dobrze, że ktoś jeszcze trzeźwo na to patrzy, bo miesiąc temu myślałem, że jestem sam i że to był mój głos wołającego na puszczy.

Legia z łapanki

Nie podzielam też zachwytów nad tym co dzieje się w Legii. Mistrzostwo Polski wynikającego li tylko z tego, że ekstraklasa jest słaba, a zespół z Łazienkowskiej jest mierny. Nie podoba mi się polityka transferowa i finansowa klubu. Prezes Bogusław Leśnodorski przez wielu jest chwalony i przyjmowany jak zbawiciel. Owszem, miał kilka udanych ruchów, jest zaangażowany, ale generalnie klub wygląda jak podrzędny bazarek osiedlowy z mydłem i powidłem. Gdyby liga w minionym sezonie była silniejsza i Legia zajęła w niej np. trzecie miejsce, a nie mistrzostwo, to prezes Leśnodorski za te same działania byłby nie chwalony, jak teraz, ale mocno krytykowany, i przyjmowany jako ktoś, kto przyszedł w Legii przyciąć budżet, a sprawy sportowe są drugorzędne.

Bo tak naprawdę to w tym czasie Legia sprzedała za spore pieniądze swoich dwóch najbardziej uzdolnionych piłkarzy – Rafała Wolskiego i Artura Jędrzejczyka, a z tych kilku milionów euro nie wydała nawet połowy na wzmocnienia przed Ligą Mistrzów. A przecież wcześniej klub sprzedał Rybusa, Borysiuka, Komorowskiego. Widać, że po prostu właściciele poprzez nowy zarząd wycofują z klubu pieniądze. Dlatego też Legia zeszła z kosztów największych kontraktów – Ljuboi, Żewłakowa, Choto, obniżono znacząco zarobki Vrdoljakowi, Astizowi. Zwolniono też w klubie wiele osób z innych półek, typu administracja. Wygląda to na czyszczenie budżetu, a nie zbrojenia przed Ligą Mistrzów.

Transfery latem wyglądają w Legii na jakąś przypadkową łapankę, a nie zaplanowane działania. Jeden piłkarz już był, ale się rozmyślił. Z Brazylii miało przyjechać dwóch obrońców, ale przyjechał pomocnik. Na razie Legię ma zbawić Estończyk ze Szkocji. Szkoda, że nie Eskimos z Walii. Sam trener Jan Urban narzeka i mówi, że nie tak to miało wyglądać. Współpraca z Fluminense wygląda na razie tak, jakby oni traktowali mistrza Polski jako jakiś pasterski zespół, któremu się wciśnie pierwszego lepszego chłopaka, który właśnie kopał piłkę na Copacabanie. Do niedawna symbolem nieudacznych transferów  Legii był Arruabarrena, który miał być lepszy niż niechciany na Łazienkowskiej Robert Lewandowski. Na stadionie krzyczano: „Trzeciak, Urban, dawajcie Arruę”. Byle teraz nie było okrzyku: Fluminense. Co? Augusto”. Bo widmo Mezengi też jeszcze krąży nad Warszawą.

Sportowy mezalians

Nie może być tekstu, w którym nie ma kwestii transferu Roberta Lewandowskiego. Póki co, transferową sagę przyćmił ślub Anny Stachurskiej. Tak, patrząc od strony sportowych sukcesów, to był ślub Stachurskiej z Lewandowskim, a nie Lewandowskiego ze Stachurską. Sportowy mezalians. Ona to mistrzyni Europy w karate. On, członek drużyny, która nie potrafiła wygrać choćby jednego meczu i awansować z najsłabszej grupy w historii piłkarskich mistrzostw Europy, a zagrała w nich tylko dzięki temu, że byliśmy gospodarzem Euro 2012. Patrząc na to jednak od strony finansowej, to w sporcie finansowo mezalians zawsze będzie w drugą stronę. Wszyscy polscy karatecy razem wzięci pewnie przez całe życie nie zarobią tyle, ile Lewandowski w futbolu przez jeden sezon. Tyle prowokacji żartów – młodej parze, życzę wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia. I jak najszybciej potomstwa, bo z takich genów musi się urodzić supersportowiec.

Gorzej z „Lewym” na ten nieszczęsnej niwie transferowej. Lewandowski stracił już sympatię i działaczy Borusii i jej kibiców i generalnie fanów w Niemczech. Coraz więcej osób patrzy na niego jako cynicznego gracza, finansowo-kontraktowego, nie piłkarskiego. Tupeciarskie działania jego menedżerów, stawianie Borussii pod ścianą, wymuszanie transferu długo przed wygaśnięciem kontraktu, postawiło gwiazdę polskiej piłki w niekorzystnym świetle. Lewandowski i ludzie wokół niego zachowują się tak, jakby Borussia była dla nich ścierką, którą można poniewierać, a nie klubem, któremu jednak coś się zawdzięcza. Motto jest proste: my chcemy tylko do Bayernu, bo tam jest wielki szmal, a wasze interesy nic nas nie obchodzą. Ale kij ma dwa końce. Świadomość tego będą już mieli wszyscy w piłkarskim świecie. Łącznie z ludźmi z Bayernu.

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times