Hiszpan wciąż ma swoich wielkich admiratorów. Wielu uważa, że od lat jest najlepszym kierowcą w stawce. Tylko co z tego, jeśli swój ostatni tytuł świętował w 2006 roku. To wcale nie było wczoraj. W 2006 roku Oscara za najlepszy film dostał obraz „Miasto Gniewu”, a najlepszym aktorem wybrano Philipa Seymoura Hoffmana za rolę w filmie „Capote”. Najbardziej utytułowany kierowca F1 Michael Schumacher, po wygranej na Monzy, ogłosił swoje odejście na emeryturę (zdążył jeszcze wrócić do sportu i znów z nim się rozstać). Na podium GP Włoch obok Niemca stał kierowca, który właśnie zaliczył drugie Grand Prix. Mowa oczywiście o Robercie Kubicy.

W kolejnych latach z różnych powodów Fernando Alonso musiał oglądać triumfy innych, ponoć słabszych od niego kierowców ( ja nie do końca się z tym zgadzam, ale to temat na osobną dyskusję). Jeśli nie chce na koniec roku znów stać z boku i oklaskiwać mistrza świata, na Monzy musi wygrać.  Różnica między nim, a liderem klasyfikacji generalnej Sebastianem Vettelem to 46 punktów. W kontekście nadchodzących wyścigów w Singapurze, Korei  czy Indii gdzie w ostatnich dwóch latach wygrywał tylko Vettel, Monza wydaje się jedną z wyjątkowych możliwości na odrobienie strat.  To jest ostatni dzwonek również z innego powodu. Przed rewolucją techniczną czekającą nas 2014 roku, większość zespołów powoli kończy prace rozwojowe bolidów na obecne mistrzostwa. McLaren już skupił się na przyszłym sezonie. Mercedes otwarcie zaznaczył, ze priorytetem jest rok 2014. Tymczasem Ferrari chce pomóc Alonso i dogonić Red Bulla. Słowami szefa ekipy Stafano Domenicalego  ważne jest by teraz udowodnić, że Ferrari potrafi się odbudować i wrócić do gry jeszcze w tym sezonie. Gorsze dla Włochów jest to, że Red Bull też pracuje jeszcze nad tegorocznym autem.

Czy w niedzielę Fernando Alonso przywróci nadzieje kibicom? Dla kierowcy Ferrari nie ma lepszego miejsca na triumf niż Monza.