Znam wiele osób, które hymn futbolowej Ligi Mistrzów ma ustawiony jako dzwonek w telefonie. A chyba każdy piłkarz przyznaje, że dopiero słysząc nuty tej melodii, zdaje sobie sprawę z rangi rozgrywek. Mało kto jest jednak w stanie odgadnąć twórcę utworu i zanucić jego słowa. No, może poza wieńczącym refren „the champions...”. A hymn jest adaptacją kompozycji George'a Fridericha Handla dokonaną w 1992 roku przez Tony'ego Brittena i w oryginale nagraną przez Royal Philharmonic Orchestra. Jest jednak kilka innych hitów, które nucimy już znacznie łatwiej...

Nieśmiertelny Freddie

Królem stadionów i hal jest Freddie Mercury i jego Queen. „We will rock you”, „Another one bites the dust” i przede wszystkim „We are the champions” to zestaw obowiązkowy każdej większej imprezy sportowej. Chyba tylko „Simply the best” Tiny Turner jest wymiennie traktowany jako utwór godny zwycięzców danych rozgrywek. Te dwa ostatnie utwory już na długie lata zdominowały największe imprezy i kojarzą nam się z radością zwycięzców oraz łzami pokonanych.

Macie swoje typy? Jakiś utwór według Was jest bardziej popularny? Mi w dalszej kolejności przychodzi do głowy seria utworów, które przede wszystkim kojarzą się z fantastycznymi filmami.

Rocky bije wszystkich

Numer jeden? Chyba „Rocky”, bowiem z filmu tego pochodzą aż dwa hity. Niesamowity „Gonna fly now” Billa Contiego sączący się w tle kilku scen oraz „Eye of the tiger” w wykonaniu grupy Survivor, który był treścią trzeciego filmu o Rockym Balboa, a dziś jest najczęściej granym bokserskim utworem muzycznym. Zresztą grupa Survivor nagrała jeszcze „Burning hurt” do czwartej części sagi, tej w której Balboa Sylvestra Stallone'a walczy z potężnym Ivanem Drago, granym przez Dolpha Lundgrena.

Niezwykle podniosły jest też tytułowy utwór z filmu „Rydwany ognia” skomponowany przez Vangelisa, a genialnie wykorzystany przez Jasia Fasolę podczas ceremonii otwarcia ostatnich igrzysk olimpijskich w Londynie.

A propos igrzysk – komu z Was nie cierpnie skóra słysząc „Hymn olimpijski” Spiridona Samary ze słowami Kostisa Palamasa? Powstał on z okazji pierwszych nowożytnych igrzysk w 1896 roku i dopiero po latach został oficjalnie uznany, ale wywodzi się z Grecji. Niektórzy przyjmują także za nieoficjalny hymn „Bugler's dream” skomponowany przez Leo Arnauda i także odgrywany co dwa lata przy okazji każdego kolejnego największego święta sportowego na świecie.

Na zawsze zapamiętamy też kolejny utwór Mercury'ego, czyli „Barcelonę” z 1992 roku odśpiewaną wraz z Montserrat Caballe i na zawsze kojarzoną z igrzyskami w stolicy Katalonii. Dziś do tego genialnego utworu na wzgórzu Montjuic co wieczór odgrywany jest przepiękny pokaz gry świateł i wody.

Koko koko i reszta

Jednego oficjalnego utworu nie doczekały się nigdy piłkarskie mistrzostwa świata, ale dzięki temu co cztery lata powstaje utwór, który na kilka miesięcy podbija światowe listy przebojów. Dla mnie największym z nich był radosny i pozytywny hit Ricky'ego Martina z 1998 roku. Zresztą „Copa de la vida” (polecam w wersji hiszpańskiej) do dziś jest przypominana przed kolejnymi mundialami.

Niestety nad Wisłą nie potrafiliśmy wykreować światowego przeboju z okazji Euro 2012. Szans nie miało „Koko koko Euro spoko” dziewczyn z Jarzębiny. Podobnie jak wcześniejsze „Do boju Polsko” Marka Torzewskiego.

Najlepiej kojarzonym polskim utworem piłkarskim jest więc „Futbol” Maryli Rodowicz, odśpiewany w Niemczech z okazji otwarcia mundialu w 1974 roku. Doceniono to także zagranicą, bowiem w tym roku amerykański „Billboard” wybrał utwór ten 5. największym przebojem nagranym z okazji piłkarskich mistrzostw świata. Wygrała Shakira z „Waka Waka” z 2010 roku, przed „Un estate italiana” w wykonaniu Gianny Nannini i Edoardo Bennato z 1990 roku oraz właśnie Martinem. Przed Rodowicz, na czwartym miejscu, znalazł się jeszcze Ennio Morricone, który w 1978 roku skomponował specjalnie dla Argentyńczyków „El mundial”.

Adoptowani Niemen i Grechuta

Jakoś nie przekonuje mnie w większości twórczość rodem z polskich stadionów. Wyjątkiem są dwa miasta, gdzie wygrał dobry smak i lokalny patriotyzm – w stolicy przed meczami Legii śpiewany jest „Sen o Warszawie” Czesława Niemena, zaś w Kielcach „Dni których nie znamy” Marka Grechuty. Swój smak ma też biesiadne „Jak długo na Wawelu...” kibiców Wisły Kraków.

Zupełnie w innym stylu, ale swego czasu niemal jako nieoficjalny hymn siatkarski, wykorzystywana była „Pieśń o małym rycerzu”. Śpiewany przez Leszka Herdegena utwór kojarzył się wszystkim z selekcjonerem naszej reprezentacji, Raulem Lozano i miał zagrzewać biało-czerwonych. Z czasem puszczana przez Marka Magierę i Grzegorza Kułagę pieśń z filmu „Przygody pana Michała” śpiewana była na każdym meczu przez kilka, kilkanaście tysięcy siatkarskich fanatyków. Dziś duet Magiera-Kułaga najczęściej proponuje... „Zawsze tam gdzie Ty” Lady Pank. I też działa!

Wystartuj mnie

Trochę przypadkowo, ale w USA do telewizji trafił utwór „Roundball rock” Johna Tesha, który dziś NBC wykorzystuje przy okazji meczów NBA. A po latach motyw ten wykorzystał Nelly w „Heart of a champion”. Są jeszcze przeboje muzyczne niekoniecznie związane z konkretną imprezą i tekstem wcale nie wiążące się z rywalizacją sportową, a które też często goszczą w halach i na stadionach. Choć „The winners takes it all” Abby ma ewidentnie sportowy tytuł. Podobnie jak bardzo energetyczny „Jump” braci Van Halen, czy „Start me up” wielkich Rolling Stonesów. A dla Was jaki jest największy przebój sportowych aren?