Nogi szeroko, ramiona rozwleczone, bezbronni na plecach leżymy kwiląc. Wszyscy, jeden obok drugiego: koszykarz przy piłkarzu, piłkarz nożny przy piłkarzu ręcznym, ten obok siatkarki, która ramię w ramię z koszykarką leży, itd., itp., etc., etc.

Nie ma nas. W sportach zespołowych nie jesteśmy nawet pierwszorzędni w stawce drugorzędnych. No może w niektórych...

Myślę, że gdyby nawet ci siatkarze wygrali, to mam wrażenie, że to nie jest to. To nie jest to co było kiedyś, całkiem niedawno. To nie te same nazwiska. A te są jakieś przeciętne, nie gwarantujące sukcesów.

Piszę ogólnie, w szczegóły nie włażę, bo aż tak się nie znam… Może kiedyś od ogółu do szczegółu przejdę.

Cóż, po meczu z ową Bułgarią, na spacerze z psem przyszła mi do głowy taka oto myśl nowa, że my kiedyś zostaliśmy oszukani... (teraz już nie o siatkarzach, a o chlubie naszej wiecznej, dogorywającej – o piłkarzach nożnych); że nam wmówiono, że jesteśmy w stanie wygrywać z Angliami, Włochami, Brazyliami, Portugaliami, itd., itp. Nam wmówiono, a my za sprawą chyba Jana Tomaszewskiego, albo gorzej, Jana Domarskiego, uwierzyliśmy.

A tak naprawdę cały ten nasz sport zespołowy jest jak tamten mecz 40 lat temu na Wembley, jak tamte dziwaczne parady Tomaszewskiego, jak tamten przeklęty kiks Domarskiego, który dał gola i stworzył mit...

Wiem, wiem, były pełne chwały lata 70-te, i kawałek 80-tych, ale w półfinale mundiali grali też Belgowie, Bułgarzy, Szwedzi, Chorwaci, Portugalczycy, Turcy, Koreańczycy...

Długo by tak jeszcze wymieniać. Zresztą mniejsza o innych.

Wracając do naszych, to na tym samym spacerze z psem moim, powietrze wieczorne tak na mą mózgownicę skostniałą ożywczo zadziałało, dostrzegłem jeszcze jedną prawidłowość. Niby wyjątek, który potwierdza regułę, ale dla mnie żaden wyjątek, raczej dalszy ciąg koszmarnej reguły.

Otóż, idzie tu o sporty indywidualne Polaków. Prawda, Polacy są aktualnie lepsi indywidualnie. Małysz był lepszy, Radwańska z Janowiczem są lepsi, Kubica z Kowalczykową są znacznie lepsi i dużo szybsi. No i jeszcze powiedzmy Majewski, czy Małachowski i parę innych nazwisk by się znalazło.

Myśl złota, choć być może nie nowa, lub też wręcz banalna, lecz przy okazji śmiała, paradoksalna, jest taka oto –

- sporty indywidualne leżą u nas tak samo na łopatkach jak sporty zespołowe.


Nie ma w tym żadnej reguły, brak kontynuacji, trudno odnaleźć jakikolwiek proces przemyślany, perspektywę szerszą niż, dajmy na to, jedna narta Kowalczykowej. Ot, trafiła się grupa zdolnych, pracowitych, którzy szczęśliwie, dar od Boga, trafili na nie mniej zdolnych i tak samo pracowitych trenerów.
 
Może się mylę? Szanse są małe…

A kto w takim razie zagwarantuje, że kiedy Radwańskiej nie wytrzymają kolana, a kręgosłup Janowiczowi, kiedy Kubica wyjdzie na dobre z samochodu, a Majewski z Małachowskim odłożą kulę i dysk, to przyjdzie zaraz inny i rzuci dalej, pojedzie szybciej, czy wygra całego Wielkiego Szlema...?

Jest ktoś taki? Nie ma. Może się mylę? Szanse są małe…