Stało się. Dla naszej reprezentacji polsko-duńskie mistrzostwa Europy już się skończyły. Ponieśliśmy klęskę. Tylko tak można zinterpretować brak czwartej drużyny w Światowym rankingu choć w ćwierćfinale Eurovolleya. Stanęliśmy w jednym szeregu z 26 na świecie Słowacją i 68 reprezentacją Danii!

Nie wszyscy jednak podobnie oceniają ten wynik. Dla polskiego szkoleniowca nic się nie stało. Błędy nie zostały popełnione. Tuż po dramatycznym meczu z Bułgarią, kiedy po policzkach zawodników spływały jeszcze łzy rozpaczy, Andrea Anastasi bez mrugnięcia oka przekonywał dziennikarzy, że – nie ma sobie nic do zarzucenia, że nie popełnił błędów, że my Polacy źle podchodzimy do sportu. W zasadzie to jesteśmy bezgranicznie zakochaną w narodowych barwach i naszym kraju szarą masą, której oczekiwania przerastały możliwości jego zespołu. Mam wrażenie Anastasi wyraźnie się zagalopował lub też wreszcie szczerze wyznał swoje zdanie o Polsce i Polakach…

Andrea Anastasi sporo dla nas wygrał. Najpierw brązowy medal Ligi Światowej, później brąz w mistrzostwach Europy i srebro Pucharu Świata. Ostatnim medalem był złoty krążek wywalczony w 2012 roku w Sofii. Pierwszy raz w historii wygraliśmy „światówkę”. Nawet najwięksi trenerzy tracą jednak w pewnym momencie pomysł na swój zespół. Mam nieodparte wrażenie, że tak się stało po przegranych Igrzyskach w Londynie.

Anastasi miał tylko jeden plan który nie zdał egzaminu…

Szóstka która kończyła przegrany mecz z Bułgarią jest w mojej opinii klęską trenera. Na dwóch newralgicznych pozycjach uratować nas mieli siatkarze, którzy w reprezentacji Polski razem rozegrali kilka spotkań. Mogło stać się inaczej gdyby nie kompletnie stracona Liga Światowa. W czasie kiedy Andrea Anastasi „dożynał” znajdujących się w słabej formie podstawowych zawodników Grzegorz Bociek zamiast zdobywać niezbędne doświadczenie w starciach z najsilniejszymi reprezentacjami świata, walczył na Uniwersjadzie. Brylując oczywiście w meczach z walecznymi studentami z Australii, Szwajcarii, Ukrainy czy nawet… Makao. Tylko słabsza postawa Zbigniewa Bartmana i delikatne naciski władz PZPS sprawiły, że to ostatecznie Bociek na Euro pojechał. Czy to był przygotowany plan Anastasiego? Raczej przypadek i desperacja.

Fabian Drzyzga też łatwego sezonu nie miał, zresztą nasz pierwszy rozgrywający również. Słabsza postawa Łukasza Żygadły w Lidze Światowej i brak reakcji trenera na zaistniałą sytuację sprawiła, że to właśnie nowy rozgrywający Zenitu Kazań w oczach kibiców stał się obok trenera głównym winowajcą porażki w tej imprezie. Czy w takiej sytuacji mógł mieć komfort psychiczny przed Euro?

Mecze w Ergo Arenie potwierdziły tylko, że grał pod olbrzymią presją. Jak się okazało zbyt dużą by sobie z nią poradzić. W konsekwencji musieliśmy liczyć na Drzyzgę, który do tego momentu nie czuł się członkiem wycieczki włoskiego szkoleniowca. Przecież jeszcze dwa miesiące temu to właśnie Anastasi przekonywał nas wszystkich, że nie mógł wystawiać Fabiana w Lidze Światowej bo moglibyśmy go stracić na dwa lata. Rozumiem, że postawiony pod ścianą – swoje zdanie zmienił.

Graliśmy najmniej przed Euro…


Najlepsze reprezentacje Europy przed mistrzostwami rozegrały przynajmniej po osiem sparingów. My zagraliśmy pięć spotkań. Warto dodać, że w dwóch meczach na kluczowej pozycji – w ataku, zagrał Zbigniew Bartman, czyli siatkarz który ostatecznie na Ero nie pojechał. Andrea Anastasi próbował ciekawych rozwiązań z naszym drugim libero Damianem Wojtaszkiem. We wszystkich meczach kontrolnych wprowadzał go do drugiej linii za Bartosza Kurka. Dopiero jednak przy wyborze 14 na mistrzostwa nasz sztab szkoleniowy zorientował się, że jeśli chce ową roszadę stosować to na imprezę w roli libero trzeba zabrać innego zawodnika. Ostatecznie zatem Wojtaszek cały turniej oglądał z trybun a naszym najgorszym elementem w mistrzostwach było…przyjęcie.

Za wszystkie decyzje personalne odpowiedzialność bierze szkoleniowiec. Również za wybór libero. Paweł Zatorski to wspaniały zawodnik. Stale czyni postępy. W Lidze Światowej był w zdecydowanie lepszej formie niż jego starszy kolega Krzysztof Ignaczak. Mistrzostwa Europy Pawłowi jednak nie wyszły. Musiał znaleźć się w nowej rzeczywistości. Nasz zespół był rozchwiany i niepewny swoich możliwości. W porównaniu do Grebennikova z Francji czy Salparowa z Bułgarii jego występ wypadł blado.

Co dalej…?

Zapytany tuż po meczu, jaka będzie przyszłość Andrei Anastasiego kapitan Polaków Marcin Możdżonek stwierdził, że zespół dalej chce z nim pracować. Dzień później nasz środkowy był już ostrożniejszy i powiedział, że to nie do niego należy decyzja. Bartosz Kurek na pytanie czy chcesz pracować z Anastasim odparł - nie wiem, może. Widać zatem, że w głowach siatkarzy jest sporo wątpliwości. W mojej głowie jest ich mniej. Już przed turniejem pisałem, że zespół nie do końca ufa trenerowi. Czy to zaufanie można jeszcze odbudować? Chyba nie.

Przyszłoroczne mistrzostwa świata to impreza, która zasługuje na obecność w niej reprezentacji Polski złożonej z najlepszych zawodników, znajdujących się w najlepszej sportowej formie. Andrea Anastasi tego nie gwarantuje. Obecny trener jest uwikłany w konflikty z wieloma siatkarzami. Obrońcy trenera często pytają czy jest ktoś lepszy, bardziej utytułowany? Ja zadaję inne pytanie. Przecież nie chodzi nam o medale, które zostały już zdobyte. Nie trzeba naszej kadry oddawać w ręce szkoleniowca który ma w domu piękną gablotę z pucharami. Może zatrudnić kogoś głodnego…głodnego sukcesów. Nazwisk jest naprawdę dużo. Czy to będzie ryzyko? Jakie? Czy można było gorzej wypaść w mistrzostwach Europy?  

Andrei Anastasiemu dziękuję za piękne chwile. Dziękuję za cztery zdobyte medale. Czasem przychodzi jednak moment, że nawet największy trener straci pomysł na zespół. W moim odczuciu tak właśnie się stało. Decyzja należy do władz Polskiego Związku Piłki Siatkowej. Ja jedynie mogę przelać własne spostrzeżenia czy uwagi. Za ową decyzje odpowiadać nie będę. Dalej uważam jednak, że nie jesteśmy tak słabi jak wskazują na to trzy przegrane ostatnio imprezy….