Jeżeli, jak głosi stare piłkarskie powiedzenie, trener jest tak dobry jak jego ostatni mecz, to Adam Nawałka nie rozpoczyna z wysokiego pułapu pracy z kadrą, bo na pożegnanie z Zabrzem jego Górnik przegrał u siebie 0:1 z taką potęgą jak Cracovia.

Ciemność widzę, ciemność – napisałem w felietonie wyprzedzającym nominację Nawałki na selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski. Gdy dokładniej wsłuchałem się w opinie osób, które w ostatnich latach z nim pracowały, zobaczyłem jednak małe światełko w tunelu, mimo że człowiek od dekady nie odniósł nawet w naszej krajowej piłce żadnego sukcesu, więc na pozór jego wybór wydaje się irracjonalny (mistrzostwo Polski Lenczyka, czy Skorży to za mało, by zostać selekcjonerem, Nawałce wystarczy piąte miejsce w ekstraklasie, wcześniej Fornalikowi drugie).

Były już trener Górnika Zabrze ma bowiem kilka cech, które cenię. To perfekcjonista i pracoholik, człowiek, który żyje swoją pracą, poświęca się jej bez reszty, dopina najdrobniejszych szczegółów. Nawet to, że jest trochę tyranem i despotą, to plus, bo w poprzedniej kadrze Waldemar „Ciepłe kluchy” Fornalik nie potrafił zapanować nad szatnią, przez co być może przegrał eliminacje.

Pepe zagra jak Pele? A Glik…

Wystarczyły jednak pierwsze powołania nowego selekcjonera, by to dobre wrażenie pierzchło. Facet wytrzasnął nagle Ćwielonga, który sto lat grał w polskiej lidze i wyróżnił się jedynie wypowiedzią, że jak tu grać po południu, gdy słońce świeci i generalnie sprawiał wrażenie lenia, który ciągle ma nadwagę. Może, gdy zamiast „praca” usłyszał w Niemczech „arbeit”, to mu się zmieniło, bo na zdjęciu jakby taki chudszy się prezentuje. Oby „Pepe” zagrał u Nawałki jak jego portugalski imiennik, albo jak sam Pele.

Dla odmiany Nawałka postanowił pominąć Kamila Glika, więc - jakby na ironię losu - kapitan Torino tego samego dnia, kilka godzin po powołaniach, strzelił gola w Serie A. Nowy trener zdaje się miał sklejać defensywę, która była kulą u nogi poprzedniej kadry, a nie ją rozmontowywać. Już wystarczająco dużo tam było roszad i eksperymentów. Niech ta defensywa ze trzy razy zagra w takim samym ustawieniu. A wokół kogo należałoby ją budować, jak nie wokół Glika, który zbiera dobre recenzje we Włoszech, potrafi i bronić i atakować (choćby gol z Anglią)? Chyba nie na awizowanym 30-letnim Koszniku z Górnika i jego kolegach, którzy na wiosnę więcej meczów przegrali niż wygrali w polskiej przesłabej ekstraklasie.

Jeden fart jest, drugi potrzebny

Tak naprawdę, czy misja Nawałki się powiedzie, będzie zależało od dwóch spraw. Pierwsza to chęci do gry i skuteczność Roberta Lewandowskiego. Jeśli nadal orzełek i biało-czerwona koszulka, w przeciwieństwie do żółto-czarnej, będą mu ciążyć, to nici z wszystkiego. Druga sprawa to lutowe losowanie grup eliminacyjnych w Nicei. Jeśli trafi nam się grupa śmierci, powiedzmy z pierwszych trzech koszyków Hiszpania, Rosja i Serbia, to pewnie będzie można zabrać zabawki z piaskownicy i czekać na kwalifikacje do mundialu w Rosji.

Jednak jeden mały uśmiech od losu, a właściwie od UEFA, Nawałka już dostał. To zwiększenie liczby drużyn w Euro 2016 do 24. Aż dwie drużyny z każdej grupy awansują automatycznie, do tego jeszcze trzeci zespół zagra w barażach. Gdybyśmy więc trafili na zestaw rywali z pierwszych koszyków: Szwajcaria, Ukraina, Słowenia, grzechem byłoby nie awansować, nawet startując z koszyka czwartego.

Wiele osób pyta, czym różni się Nawałka od Fornalika. Owszem, obaj jako trenerzy większych sukcesów nie odnieśli, pracowali tylko w polskiej lidze, ale przede wszystkim zasadniczo różnią się charakterem. A osobowość, mentalność, podejście do zawodników, charyzma, psychologia, umiejętność dogadania się z zawodnikami, stworzenia atmosfery, to w pracy w selekcjonera sprawy dziś nawet chyba ważniejsze niż stricte szkoleniowe. Nawet Mourinho, jak pokłócił się z Casillasem i Cristiano Ronaldo, to niczego z Realem nie zdobył i pogonili go z Madrytu.

Przede wszystkim jednak Nawałkę od Fornalika różni to, że za tym pierwszym stoi Zbigniew Boniek, a to jest nie do przecenienia. Drugiej takiej mocnej osobowości jak "Zibi" w polskiej piłce nie ma. Wiadomo, że Fornalik został wybrany przez poprzednią ekipę PZPN i jego pozycja u nowych władz byłą znacznie słabsza. Zawodnicy to czuli i trochę lekceważyli Waldka "Kinga". Za Nawałką będzie stał autorytet Bońka, będzie on silny charyzmą swego szefa i kolegi, więc piłkarze powinni przed nimi czuć respekt, nawet jeśli za Panem Adamem nie stoją trenerskie sukcesy.

Następcy Jerzego Urbana

Nawałka, jak na swoją pozycję w światku trenerskim, i tak został przyjęty przez media i kibiców nader łaskawie, co zawdzięcza mocnym działaniom PR w Związku. Sporo mediów żyje obecnie w symbiozie z PZPN. Są gazety i portale, które – gdyby Nawałkę mianował Lato, a nie Boniek – zrobiłyby z nowego selekcjonera miazgę, a Latę i spółkę rozniosły na strzępy za mianowanie kogoś takiego jak Nawałka. U Bońka ci sami dziennikarze  delikatnie przyklasnęli (podobnie było po nominowaniu zwalczanego wcześniej przez nich Stefana Majewskiego) „Nawale” i sieją propagandę jak za złotych peerelowskich lat Jerzego Urbana.

Smuda po trzech latach pracy i przegranym Euro 2012 zostawił Fornalikowi spaloną ziemię. Daleki jestem, by jak Piechniczek mówić, że jest zadowolony iż Fornalik prowadził kadrę, skoro eliminacje przegraliśmy (lepsza była tylko Hanna Gronkiewicz Waltz, która niemal skakała z radości po referendum w Warszawie, choć… około 90 procent uczestników głosowało za jej odwołaniem). Jednak Fornalik, mimo przegranych eliminacji – w których trochę brakowało mu szczęścia i skuteczności – zostawia swemu następcy prawie gotowca. Liczba stosunkowo młodych, zdolnych piłkarzy, których Fornalik wprowadził do reprezentacji jest imponująca: Zieliński, Klich, Glik, Krychowiak, Szukała, Wszołek, Milik, Teodorczyk, Bereszyński, Sobota, Łukasik. Do tego przywrócił do kadry wyrzuconego przez Smudę Boruca, a na koniec nawet Lewandowskiego Mariusza z Peszką.

Teraz trzeba tylko tę układankę dopieścić i jeśli „Lewy” będzie wreszcie „Prawy”, to nic tylko wygrywać. A tak naprawdę, to Fornalik był tak daleko, a tak blisko Brazylii i meczów na Maracanie. Gdyby z Czarnogórą, Mołdawią i Ukrainą Lewandowski lub któryś z kolegów, po razie, czy dwa lepiej ustawili stopy, albo głowy i byli skuteczniejsi, to – mimo tylu błędów, krytyki, animozji – na Wembley jechalibyśmy mając siedem punktów więcej, bić się o pierwsze miejsce w grupie. Co jednak Fornalik lub nawet Kaszpirowski poradzi na to że „Lewy” z Anglią ma dwie setki i ich nie wykorzystuje, a w tym samym Londynie kilka dni później ma pół sytuacji przeciwko Arsenalowi i jednak strzela gola dla Borussii…

Łańcuch pokarmowy i za mała kasa

Nawałka selekcjonerem, to nie tylko autorski pomysł duetu B-B: Boniek – Basałaj. Pewien wpływ na nominację miał również Andrzej Iwan, który gorąco popierał kandydaturę dawnego kolegi z Wisły Kraków. Postawa Iwana to przykład jak ważną sprawą w piłce jest lojalność i koleżeńska pomoc. Nawałka w Górniku wziął bowiem do drużyny, z Garbarni Kraków, Bartosza Iwana, syna Andrzeja. Takich zależności i „łańcuchów pokarmowych” jest w polskiej piłce znacznie więcej.

Boniek na oficjalnej prezentacji Nawałki potwierdził moje przypuszczenia, że już w czerwcu myślał o mianowaniu go selekcjonerem, dlatego ten tak zaciekle walczył o klauzulę w nowym kontrakcie z Górnikiem. Fornalik miał polecieć już po remisie z Mołdawią, ale nie chciał polubownie rozwiązać kontraktu wartego 160 tysięcy złotych miesięcznie. Podobno nowy selekcjoner ma zarabiać tylko około połowę tego. To i tak ponad dwa razy więcej niż mieli Engel, czy Janas. To jednak nie Fornalik, którego wszyscy się czepiają, wywindował tak zarobki selekcjonerskie w PZPN, a Beenhakker i Smuda, którzy zarabiali tyle samo albo i więcej. Poza tym trener kadry powinien dobrze zarabiać. I z kontraktu, i z premii. To w końcu nobilitujące stanowisko, najwyższe w polskiej piłce.

Jeśli taki bramkarz Szczęsny, dość często zaliczający klopsy, domaga się w Arsenalu Londyn 90 tysięcy funtów tygodniowo, czyli miesięcznie około dwóch milionów złotych, to selekcjoner reprezentacji Polski, nawet z gażą Fornalika, nawet z premią Nawałki za awans na Euro 2016, zarabia przy nim na frytki. Sprawiedliwe? Zwłaszcza, że Nawałce już dziś można współczuć. Objął bowiem właśnie najbardziej niewdzięczną posadę w kraju. Będzie krytykowany i pod większą presją niż premier i prezydent razem wzięci. Za taki stres powinno się płacić znacznie lepiej. PZPN to przecież bogata firma

To nie jest sport dla starych ludzi?

Boniek i tak zaryzykował z Nawałką mniej niż prezes Przedpełski ze Stephanem Antigą w roli selekcjonera siatkarzy. Francuz jest bowiem absolutnym trenerskim debiutantem. Osobiście od duetu Nawałka – Antiga wolałbym np. Lenczyk – Lozano, ale u nas doświadczeni trenerzy nie są w modzie. Odwrotnie niż w Europie. Wielką Hiszpanię, która po kilkudziesięciu latach wreszcie zdobyła w 2008 roku mistrzostwo Europy, stworzył przecież „dziadek” Aragones, a Bayern Monachium, który bezlitośnie ogrywał w poprzednim sezonie w wielkim stylu wszystkich - „emeryt” Jupp Heynckes.

Antiga będzie miał do pomocy swego mentora i trenera z reprezentacji Francji Philippe'a Blaina. Mój redakcyjny kolega Robert Małolepszy rozpoczął dyskusję na modnym ostatnio – także w kręgach wierchuszki PZPN – Twitterze, na jaki podobny do Antigi i Blaine’a piłkarski duet musiałby postawić Boniek, by zrealizować koncepcję podobną do Przedpełskiego, czyli zagraniczny dobry zawodnik świetnie znający polskie realia, plus doświadczony trener z jego kraju. Wyszło na to, że kadrę PZPN mogliby poprowadzić wspólnie Aleksandar Vuković i Radomir Antić. Może byłby to strzał kulą w płot, ale może jednak lepszy niż trzy ostatnie pezetpeenowskie: Smuda, Fornalik, Nawałka. Zobaczymy, kto dalej zajedzie: siatkarze, czy piłkarze…  

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”