W poprzednim felietonie pisałem, że stare piłkarskie powiedzenie, trener jest tak dobry jak jego ostatni mecz (0:1 Górnika u siebie z Cracovią) niezbyt dobrze wróży Adamowi Nawałce. Oby nie był tak dobry jak jego ostatnie dwa mecze – bo teraz doszło 0:2 ze Słowacją, do tego w fatalnym stylu i z kompromitacją w grze obronnej. I oby nie był też nowy selekcjoner taki, jak jego ostatnie 10 lat pracy trenerskiej – bez żadnego znaczącego sukcesu.

Choć przewrotnie, ta porażka ze Słowacją jest cenna. Nawałka zaczął bowiem najlepiej jak mógł, czyli w stylu Kazimierza Górskiego, Jerzego Engela, czy Leo Beenhakkera, którzy także mieli bardzo słaby początek pracy z kadrą. Nie chodzi nawet o pierwszy mecz, ale o początek kadencji. Pamiętamy, że pierwszy rok pracy Engela to był koszmar, liczyliśmy jego zespołowi setki minut bez strzelonego gola. Później jednak przyszły błyskotliwe zwycięstwa w eliminacjach z Ukrainą i Norwegią. Beenhakker także rozpoczął od porażek (0:2 z Danią, 1:3 z Finlandią), ale wkrótce przyszedł świetny mecz z Portugalią i pierwszy w historii awans do finałów mistrzostw Europy. Od Nawałki oczekujemy powtórki.

Jeszcze gorzej od nich zaczynał pracę z reprezentacją sam Kazimierz Górski, bo przegrał eliminacje Euro 1972, a następnie był bardzo bliski, by zawalić olimpijskie kwalifikacje przed Monachium. Nasz los zależał od rewanżowego meczu faworyzowanej Bułgarii z hiszpańskimi amatorami (pierwszy mecz wygrali Bułgarzy 8:3). Bułgarzy nie mogli wygrać, bo w takim przypadku to oni, a nie Polacy, pojechaliby na igrzyska, a Górski straciłby posadę. Hiszpanie cały mecz przegrywali, ale w 90 minucie strzelili gola na 3:3 i uratowali Górskiego. Obawiam się jednak, że słaby start, to może być jedyne podobieństwo Nawałki do poprzedników. Bo tak jak Górski nie skończy na pewno, a i z powtórzeniem awansów Engela i Leo może mieć kłopoty, choć w Euro 2016 zagra przecież pół Europy.

Piłkarskie króliki z kapelusza

Jeden z dziennikarzy napisał po meczu ze Słowacją „Zagrali jak za Fornalika”. To nieprawda. Ostatnie mecze z Czarnogórą, Ukrainą, Anglią, kadra Pana Waldka grała na znacznie wyższym poziomie niż drużyna Nawałki w piątek we Wrocławiu. Po zmianie selekcjonera mamy więc regres, ale można to usprawiedliwić eksperymentami, selekcjonowaniem zawodników. Nawałka ma przecież prawie rok na wykrystalizowanie zespołu na eliminacje mistrzostw Europy. Kwestia tylko czy musi aż tak bardzo błądzić i szukać po omacku.

O tym, że piłkarze pokroju Kosznika nie prezentują reprezentacyjnego poziomu, a Kamiński jest słabszy od Glika, wie każdy przeciętny kibic bez sprawdzania. Nawałka potrzebował do tego meczu ze Słowacją, by się przekonać. Ale chyba nie za to dostał najbardziej intratną posadę w polskiej piłce i prawie 100 tysięcy złotych miesięcznie (plus gigantyczną premię za awans nawet z trzeciego miejsca w grupie), by podejmować gorsze decyzje od przeciętnego Kowalskiego.

Gdy Boniek zrobił Nawałkę selekcjonerem – wyciągnął królika z kapelusza, bo osiągnięcia trenerskie Pana Adama w stosunku do innych trenerów z Polski i zagranicy, były za słabe, by bez zdziwienia powierzyć mu prowadzenie drużyny narodowej. Choć Zibi nie ma nosa do piłkarzy, prowadzenia drużyny (patrz kariera trenerska) na siłę starałem się nastawić życzliwie do tej nominacji. Kiedy jednak nowy selekcjoner przy powołaniach zaczął wyciągać króliki z kapelusza i sumie wyciągnął ich jedenaście z krajowych boisk, było to trudne do logicznego wytłumaczenia poza pewnym rodzajem ligowego zaślepienia.

Nawałka od wielu lat pracuje w polskich klubach i mam wrażenie, że trochę stracił poczucie rzeczywistości i dystans do poziomu prezentowanego obecnie przez piłkarzy i kluby ekstraklasy, a nawet pierwszej ligi. Ekstraklasa jest obecnie przesłaba, a zespół, który w niej dominuje, Legia Warszawa, w Lidze Europy nie zdobył jeszcze punktu i nie strzelił nawet jednego gola. Kreowanie na reprezentantów kilkunastu jej przedstawicieli, w tym zbliżających się do trzydziestki, było ponurym żartem Nawałki, oby ostatnim. Rozumiem, że każdy nowy selekcjoner ma swoje wizje, upatrzonych zawodników. Zgoda, można wyłowić z tej ligi dwie, trzy, no cztery perełki. Ale jedenaście? I rozwalić cały blok defensywny. Halo, lądujemy.

Nawałka do spółki z Bońkiem (nie jest tajemnicą, że prezes PZPN niezbyt ceni umiejętności obrońcy Torino) odsunęli od reprezentacji Kamila Glika, jednego z 4-5 polskich piłkarzy mających w miarę wysokie notowania w Europie. Zamiast zgrywać wokół niego obronę, która jest naszym słabym punktem, zaczęli jakieś dziwaczne eksperymenty.

Obrona, czyli sen obłąkanego

Pomijam już to, że nawet bardzo słaby w kadrze, ale przyzwoicie ostatnio grający w Lidze Mistrzów w Bayerze Leverkusen Sebastian Boenisch, zawsze będzie dużo lepszy od Kosznika, podobnie jak Wojtkowiak. To faceci z innej półki. Od Kosznika to prawie każdy jest lepszy, nawet Wawrzyniak. Obrońca Górnika w meczu ze Słowacją gubił się przy każdym prostopadłym podaniu rywali i każdej kiwce. Raz nawet „machnął się”, jak mówią i robią na podwórku, a jak już strzelił na bramkę Słowaków, to w stylu rugbisty. Genialne odkrycie nowego selekcjonera. Niech nam Nawałka też nie wmawia, że Kamiński jest lepszy od Szukały, Perquisa, Wasilewskiego, Komorowskiego i przede wszystkim Glika. Bo nie jest.

Efekt wariacji (oby) bez powtórzeń był taki, że przegraliśmy na własnym stadionie ze Słowacją 0:2, a rywale mieli jeszcze trzy „setki” sam na sam z bramkarzem i tylko ich nieskuteczności zawdzięczamy, że nie skończyło się to pogromem. Gra Polaków w defensywie – jej połowa to Górnik Zabrze, który na wiosnę w lidze przegrywał większość meczów i tracił głupie gole - to był jakiś sen obłąkanego. Nawet Jędrzejczyk się potykał i nie trafiał w piłkę. Grę Kosznika i Kamińskiego trudno racjonalnie oceniać. A nie graliśmy z atakującymi wściekle Niemcami, czy Hiszpanami o punkty w eliminacjach, ale w towarzyskim meczu ze średnimi Słowakami.

Środek pola u Nawałki to też dla mnie niewypał. Jeśli już gra Krychowiak, raczej defensywny zawodnik, to nie w parze z Jodłowcem, o podobnych predyspozycjach. Żaden z nich nie jest kreatywny i nie poprowadzi akcji. Gdyby był to Klich, a przed nim Zieliński nie Mierzejewski (zawsze jest bez wyrazu w kadrze) nasza gra wyglądała lepiej. Lewandowski z kolei mówi po porażce ze Słowacją, że chyba nikt nie mógł liczyć, że po kilku treningach nasza gra będzie wyglądała dobrze. Przepraszam, czy „Lewy” pierwszy raz grał z przodu z Błaszczykowskim, Mierzejewskim, Krychowiakiem, czy nawet Sobotą? Długo już grają i niewiele z tego wynika.

Rewolucja nie jest potrzebna


Mam wrażenie, że z tą piątkową reprezentacją Nawałki, wygrałaby polska młodzieżówka Dorny. Chyba nawet skład mają tam lepszy. Pomoc i atak z Milikiem, Zielińskim, Wszołkiem, Pawłowskim (Wolski z Fiorentiny tam się nie łapie do drużyny) są groźniejsze niż te w drużynie seniorów. A boczny obrońca  Daniel Dziwniel jest lepszy niż Kosznik i Olkowski, jakby selekcjoner dotąd tego nie zauważył (bo Dziwniel gra nie w Zabrzu, ale w Chorzowie, kilka przystanków tramwajowych dalej), to na wszelki wypadek sygnalizuję.

Jedyny jasny punkt meczu ze Słowacją to Tomasz Brzyski. Wyglądał na tle kolegów z kadry jak z innej bajki. Lewa noga ułożona tak, jak u niewielu piłkarzy na świecie. Groźne strzały, dośrodkowania, aktywny, kreatywny. Facet od lat jest niedoceniany. To on powinien być alternatywą dla Boenischa, a nie Kosznik. Brzyski to też kamyczek do ogródka Jana Urbana. Po jednym z meczów pucharowych Legii, w którym Urban wystawił słabego, będącego po kontuzji bez formy Jakuba Wawrzyniaka (jakby on kiedykolwiek był w formie), zamiast dobrze wcześniej grającego Brzyskiego, szkoleniowiec tłumaczył się, że przecież nie posadzi na ławce reprezentanta kraju. Tylko kto teraz jest reprezentantem?    

Fornalik eliminacji nie wygrał, ale wprowadził do drużyny wielu utalentowanych, młodych graczy. I ten zespół nie prezentował się wcale tak źle na tle Anglii, czy Ukrainy. Selekcja nie była zła, tylko podejście zawodników do gry w reprezentacji nie zawsze optymalne. Potrzebne były tylko retusze, zgranie zespołu, wypracowanie lepszej atmosfery, a nie rewolucja. Odcinanie się od drogi, którą rozpoczął Fornalik z Glikiem, Szukałą, Zielińskim, Klichem, a także wypromowanymi przez niego piłkarzami, których nie pominął Nawałka – Krychowiakiem, Jędrzejczykiem, Sobotą itd., to ślepa uliczka.

Wirtualne asysty i gole „Lewego”


Jeśli tej drużynie, którymś zawodnikom, był potrzebny wstrząs, to nie ambitnemu Glikowi, ale na początek Lewandowskiemu i Błaszczykowskiemu, by nie czuli się niezastąpieni. Czemu nie spróbować opcji z Milikiem, Nowakiem, czy Teodorczykiem w ataku zamiast gwiazdora Borussii? Efekt nie może być gorszy niż w ostatnich dwóch latach. Ba, jestem przekonany, że Dawid Nowak (jeśli byłby zdrowy) lub Milik, w tych meczach, które grał Lewandowski strzeliliby więcej goli i mieli więcej asyst od niego (nie jest też przecież żadna sztuka, bo za dużo ich nie było). I nie ustawialiby wszystkich po kątach, łącznie z selekcjonerem.

Lewandowski jak kania dżdżu potrzebuje sukcesu, zwłaszcza z kadrą. Bo owszem, miał z Borussią znakomitą wiosnę w Lidze Mistrzów (cztery gole z Realem), ale nie można ciągle żyć tymi kilkoma meczami. Z reprezentacją przegrał Euro 2012 i eliminacje MŚ, a z Borussią jest teraz bliski odpadnięcia z Champions League już w fazie grupowej (plus mistrzostwo Niemiec pewnie drugi raz z rzędu dla Bayernu). Najważniejszą wartością w życiu nie powinno być 10 mln euro rocznie w Bayernie plus 15 milionów za podpis na kontrakcie. Sam przecież mówił, że ma już dość wychodzenia do dziennikarzy po przegranych i zremisowanych meczach. A w piątek znów musiał wychodzić…

Słowacja, która nie poradziła sobie ostatnio i w eliminacjach Euro i mundialu, pokazała we Wrocławiu, że jest drużyną z wyższej półki niż obecna Polska. Poukładaną, mądrze grającą. Hamsik pokazał Lewandowskiemu, co to naprawdę znaczy gwiazda, lider drużyny, klasowy zawodnik. Przeprowadził dwie akcje po których padły gole, a tych klarownych sytuacji Słowacy mieli więcej. Hamsik asysty miał na boisku, a „Lewy” chwali się nimi w wywiadach, taka różnica. Chwali się, że ma 10 asyst na 60 meczów, czyli co w szóstym spotkaniu. No, brawo mistrzu, powód do dumy. I do tego z połowa goli i asyst z San Marino i tego typu ekipami. Jeszcze większe brawo.   

Lato kapitanem kadry?


Miałem też nadzieję, że niepowodzenia kadry Smudy podczas Euro 2012 oraz Fornalika w eliminacjach mundialu 2014 dadzą Nawałce do myślenia w kwestii kapitana. Błaszczykowski nie był facetem, który poderwał zespół do walki w drugich połowach najważniejszych meczów z Czechami na Euro, czy na wyjeździe z Mołdawią. Jego wypowiedzi, zachowania w stosunku do mediów, atmosfera w drużynie, nie były dobre. Facet nie ma charyzmy, nie ma cech przywódcy. Trzeci selekcjoner robi go jednak kapitanem. I wprowadza jeszcze zasadę, że kapitanem jest ten, kto ma najwięcej występów w kadrze. To Michał Żewłakow a nawet Grzegorz Lato są niedaleko od opaski, bo ponad sto meczów rozegrali, wystarczy ich powołać i będą kapitanami.   

Pamiętam, że Górski i Piechniczek też nie mieli sukcesów w klubach, gdy przejmowali reprezentację, ale nie każdy trener bez sukcesów jest Górskim albo Piechniczkiem. A Nawałka nie ma do dyspozycji takich pokoleń piłkarzy jak oni – z Deyną, Lubańskim, Tomaszewskim, Latą, Szarmachem, Żmudą, Bońkiem, Smolarkiem. Czy musimy aż tak ryzykować z obsadą pozycji selekcjonera, by ósme czy piąte miejsce z Górnikiem w lidze było wystarczającym CV? Mamy przecież trenerów będących co najmniej półkę wyżej niż Nawałka – Skorża, Lenczyk, Nowak, Engel, Kasperczak, plus multum szkoleniowców z zagranicy. Jest jeszcze sporo czasu do eliminacji na to, by zmienić decyzję. Marian Dziurowicz po kilku miesiącach uznał, że popełnił błąd i zdymisjonował w kadrze Władysława Stachurskiego, choć był to trener, który chwilę wcześniej wprowadził Legię do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i zremisował z Manchesterem United na Old Trafford.

PR nie wygra nam meczu

Wyrazisty charakter trenera, ostre reprymendy, show na treningu, filozoficzne wywody, twarde zasady, to wszystko jest fajne. Można też dowodzić, że Kamiński to Skrtel, a Kosznik to Adam Musiał. Ale pod jednym warunkiem – jeśli są wyniki i trafne decyzje. Jeśli ich nie będzie, to nic nie pomoże. Dobrze w mediach sprzedaje się wspinanie kadrowiczów po skałkach. Można też im oczywiście zrobić wieczór karaoke, wbiec z nimi na Giewont, a nawet odbudować tęczę na Placu Zbawiciela. Media to chętnie kupią i zrobią reklamę reprezentacji. Ale koniec końców wszystkie działania i decyzje weryfikuje boisko. I jeśli tam nie będzie dobrej gry, to - jak mawiał niepodrabiany Grzegorz Lato – kaplica. Nawet przymierzanie ubrań w hotelu w Poznaniu nie pomoże.          

Zbigniew Boniek jako piłkarz zostanie zapamiętany jako postać wybitna. Jako trener – porażka. Na to, jak zostanie zapamiętany jako prezes PZPN, właśnie pracuje. Trzeba przy tym pamiętać, że tę ocenę nie pracuje się tylko dobrym PR i propagandą (wzajemna adoracja z kilkoma gazetami, czy portalami wcale nie jest dobrym wizerunkowo ruchem dla PZPN, na dodatek podzieliła polskie media), ale konkretnymi i skutecznymi działaniami szkoleniowymi oraz organizacyjnymi, a przede wszystkim pracuje na nią gra drużyny narodowej.

Kontrowersyjną nominacją Nawałki Boniek zaryzykował także swoją reputację. Na boisku już żaden PR nie pomoże, tam trzeba kopać piłkę skuteczniej od przeciwnika. A na tym boisku przydałby się nam najbardziej… Boniek, ze swoimi umiejętnościami piłkarskimi, charakterem, cechy przywódczymi. Charyzmatyczny wielki wojownik, jakimi nie są niestety Błaszczykowski z Lewandowskim.       

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”