Tak, tak, i jeszcze raz tak! Po stokroć tak! Polska młodzież zagrała pięknie, ba nawet momentami przepięknie, ale chwilami też głupio, bądź nawet arcygłupio, jak dzieci, ale to w końcu młodzież dorastająca. Młodzież polska zapowiadało się, że wygra 2-0, powinna była zremisować 2-2, a na koniec zwyciężyła 3-1. Czyli mogło być albo tak albo tak. Wniebowstąpienie lub męki piekielne, i to wszystko w pięć ostatnich minut meczu.

Ale na koniec wygrali. Wszyscy zadowoleni, ja też. Pierwsze miejsce w grupie jest, bo jest. Awansu jeszcze nie ma, i być może nawet nie będzie, ale pierwsze miejsce w grupie, jak by matematycznie nie przeliczać, w czym polski kibic celuje, niepodważalnie jest.

Okazuje się, że i z piłki, w listopadzie, w  Polsce, kiedy dni robią się coraz krótsze i mży niemiły deszczyk nad stadionem, można czerpać niewysłowioną radość. Można, po tysiąckroć można. Choć z drugiej strony patrząc na kogo innego można co innego…, na przykład we Wrocławiu albo w Poznaniu, wieczorem palnąć sobie w łeb.

Młodzież polska w porównaniu do seniorów polskich…, o dziwo, aktualnie tego nie da się porównać. Zresztą opłakany stan piłki seniorskiej działa na korzyść młodzieżowej, i to jak działa! Ano tak, że wszystko zaczynamy widzieć w najjaśniejszych możliwych barwach, że listopad tchnie w nas ducha optymizmu, że raptem dwa, trzy tygodnie po Zaduszkach, chce nam się żyć!

Ale żeby od razu widzieć światełko w tunelu. Żeby światełko w tunelu…, to już lekka przesada.

Po pierwsze: tamten mecz, grecka młodzież do tej pory pluje sobie w brody, powinien z greckiej perspektywy, skończyć się remisem.

Po drugie: jeśli turecka młodzież wygra wszystkie swoje mecze (3), to polska młodzież nie będzie pierwsza w tabeli, żeby nie wiem co, nie będzie.

Po trzecie: nawet jeśli będzie, to nie znaczy, że pojedzie na ME, bo przed nią ewentualnie kolejna faza eliminacji, mecze na przykład z młodzieżą niemiecką, holenderską, hiszpańską czy angielską.

Po czwarte: jeśli pojedzie na ME, to nie znaczy, że pojedzie na Igrzyska, bo na ME trzeba zająć, zdaje się, jedno z trzech pierwszych miejsc.
Po piąte: jeśli pojedzie na Igrzyska, to nie ma gwarancji, że je wygra…(daj Bóg, żeby pojechała, może finał nawet przegrać)

Po szóste: wyobraźmy sobie, że przegrywa finał, dajmy na to z młodzieżą hiszpańską… Od razu rodzą się skojarzenia z finałem Igrzysk w Barcelonie. (ostatni realny sukces polskiego futbolu). Pamiętacie: Kłak, Łapiński, Koźmiński, Brzęczek, Staniek, Juskowiak, Kowalczyk… To były czasy…
Po siódme: pamiętacie apele tamtych czasów? „Przenieście ich wszystkich do słabiutkiej reprezentacji seniorów! Hurtem! Też będą przegrywać dopiero w finałach!”

Po ósme: i co się wtedy stało z seniorami? Z tego co kojarzę, to niewiele. Pojechali 10 lat później do Korei, ale ani Wójcika, ani Kłaka, Łapińskiego, Brzęczka, Stańka, Juskowiaka, wreszcie Kowalczyka w tamtej kadrze nie było. Był Koźmiński, tylko on jeden. No i Świerczewski z Wałdochem.

Po dziewiąte, na sam koniec: a co z młodymi Hiszpanami, którzy wówczas tamte Igrzyska wygrali… Porobili wszyscy kariery? Porobili dwaj – Guardiola i Luis Enrique, wielkie. Paru pomniejsze, ale przyzwoite. Reszta niewiele…
Ale, po pierwsze: tak, tak, radość z młodzieży polskiej, która wygrywa z młodzieżą grecką powinna być wielka, tak wielka, jak mała jest reprezentacja polskich seniorów.