Miejsce w rankingu FIFA za Sierra Leone, Togo, Haiti i Zambią (ale tuż przed Trynidadem/Tobago i Gabonem – brawo zuchy), mistrz Polski, który chce niechlubnie przejść do historii jako jedyna drużyna, która nie zdołała strzelić nawet jednego gola  w fazie grupowej Ligi Europy. Taki zatrważający zjazd w otchłań futbolu wykonał w ciągu zaledwie 30 lat kraj, który jeszcze w 1982 roku zajmował trzecie miejsce w mistrzostwach świata w Hiszpanii, a mistrz Polski Widzew Łódź grał w półfinale Pucharu Europy. I nic nie wskazuje na to, że wkrótce będzie lepiej, wprost przeciwnie, bo w eliminacjach Euro 2016 będziemy losowani z czwartego koszyka, a przed mundialem w Rosji w 2018 roku pewnie już z piątego. Zapewniam, że nie przeszkadza to przepłacanym ludziom w PZPN, Ekstraklasie SA i polskich klubach w tym, by mieli się jak pączki w maśle na lukratywnych posadkach i kontraktach, by czuli się dumni z tego co robią. Kibicom pozostaje frustracja. 

Szkoda, że z reprezentacją Polski nie pracuje już Franciszek Smuda, bo mógłby odparować, że „już go wk…ją te wyliczanki, a ranking FIFA nie jest żadną wyrocznią”, a generalnie to w d…, że nas klasyfikują za jakimiś drużynami z buszu. Czy przegrane Euro 2012 i eliminacje mundialu 2014 też nie są wyrocznią, Herr Smuda? Bońkowi i Nawałce nie wypada odparowywać w stylu Franza, ale lampka szampana podczas piątkowego świątecznego rautu PZPN musiała mieć lekko gorzki smak.

Ludzi dużo, piłkarzy mało

Nie bardzo rozumiem skąd w Polsce duże oczekiwania wobec obecnej naszej reprezentacji i klubów oraz rozczarowanie wynikami. Logicznych podstaw do tego, żeby liczyć na sukcesy nie ma bowiem żadnych. Owszem jesteśmy dużym krajem w środku Europy, gdzie piłka nożna jest sportem numer 1, ale głównie w wymiarze jej oglądania w telewizji przy kuflu piwa i kibicowania, często w klimacie „Polacy nic się nie stało”. Gdy dochodzi do konkretów, to okazuje się, że w Polsce zarejestrowanych jest około 470 tysięcy piłkarzy, a w liczącej zaledwie 16 milionów mieszkańców Holandii jest ich prawie trzy razy więcej – 1 mln 260 tysięcy. Proszę przejechać w weekend przez holenderskie miasta i miasteczka. Zobaczycie w każdej miejscowości dobrze przygotowane liczne boiska, a na nich od rana do wieczora rozgrywki dzieci w wszystkich kategoriach wiekowych, od lat sześciu do osiemnastu, zarówno chłopców jak i dziewcząt. Wokół boisk tłoczą się rodzice, a zajęcia prowadzą wykwalifikowani trenerzy. Niemcy, Anglia, Hiszpania, czy Włochy nie odbiegają pod tym względem. Bosonogie dzieciaki z biednych brazylijskich faweli to także już bardziej mit, zapytajcie Mariusza Piekarskiego. Infrastruktura i poziom szkolenia w Brazylii od wielu lat są na bardzo wysokim poziomie.

Przejedźcie się następnie w sobotę czy niedzielę przez Ursynów, Białołękę, czy Wolę w Warszawie, Łomżę, Wrocław, Kutno, albo Szczecin. Trafienie tam na trenujące, czy grające mecze dzieciaki to duża sztuka. Powstało ostatnio w Polsce trochę szkółek firmowanych przez znane europejskie kluby (Barcelona, Ajax, Juventus itd.), ale jest to raptem kilkanaście nowych miejsc, gdzie młodzi piłkarze są otoczeni fachową opieką. Do tego są to zajęcia płatne i to często dość słono. A futbol to zawsze była dyscyplina najuboższych, w biednych dzielnicach i wioskach wykształciło się najwięcej wielkich talentów.

Owszem, zbudowano w Polsce w ostatnich latach około dwa tysiące Orlików. To bardzo dobra akcja, która z pewnością pozwoli większej liczbie młodych ludzi uprawiać piłkę nożną, czy koszykówkę. Problem polega na tym, że powiedziano „A”, ale nie ma większych szans, by ktoś powiedział „B”, bo w Polsce nikt nie ma lub nie chce mieć na to pieniędzy. Samo zbudowanie boisk to bowiem tylko namiastka w rozwiązaniu problemu. Aby Orliki spełniły swoje zadanie, muszą się znaleźć trenerzy, najlepiej dobrze wykwalifikowani, którzy będą na nich prowadzić regularne zajęcia na szeroką skalę. A, niestety, na większości tych obiektów tak nie jest. Wykształcenie i opłacenie trenerów dla młodzieży to trudna i bardzo droga sprawa, ale właśnie taki plan powinny wspólnie opracować i realizować PZPN, kluby, ministerstwo sportu, polski rząd oraz samorządy lokalne, zamiast skupiać się na propagandzie, polityce i prywacie.

Śmiesznie niskie pieniądze na sport


Dodatkowym niesprzyjającym elementem jest w Polsce klimat. Przez cztery miesiące w roku trudno w naszym kraju trenować ze względu na śnieg, lód, niskie temperatury. Oczywiście kluby ekstraklasy, zawodowcy bez problemu sobie z tym radzą, bo mają pieniądze na zagraniczne wyjazdy, podgrzewane boiska, hale z trawiastą nawierzchnią. Natomiast w szkoleniu młodzieży jest ogromny problem. Dzieciaki w zimie nie bardzo mają gdzie trenować. Klepią trochę piłkę na drewnianych klepkach w halach, ale nie jest to wymarzona nawierzchnia do gry w piłkę, łatwo na niej o kontuzje, zwyrodnienia stawów itd. Nawet w Warszawie są ledwie 2-3 hale ze sztuczną trawą, w których można trenować w zimie. Są one głównie zajmowane przez duże firmy, które wynajmują boiska dla swoich pracowników, a dla dzieciaków praktycznie są niedostępne. Nie mówiąc już o masowości takich hal ze sztuczną nawierzchnią w skali kraju. Nie dziwmy się więc, że mamy niedouczonych piłkarzy, słabą ligę, mierną reprezentację. To i tak cud, że co jakiś czas trafia się u nas jakiś Lewandowski, Szczęsny, Zieliński, czy Milik.  

Sport w szerszym wymiarze kuleje u nas jeszcze bardziej niż piłka nożna. Nie może być inaczej, gdy procent pieniędzy w budżecie państwa przeznaczanych na sport i rekreację jest u nas kilka, a często nawet kilkanaście razy mniejszy niż w większości krajów europejskich. Choćby tacy Czesi mogliby być dla nas pod tym względem wzorem, choć to maleńki przy Polsce kraj. Kompletnie kuleje też u nas sport szkolny i młodzieżowy, a warto zaobserwować jak znakomicie jest to rozwiązane w Hiszpanii, czy Stanach Zjednoczonych. W USA sport akademicki to prawdziwa siła i fabryka wielkich sportowców, w Polsce praktycznie on nie istnieje. Kolejni ministrowie sportu wygadują tylko brednie o liczbie medali olimpijskich i przerzucają te same, a nawet mniejsze, pieniądze z lewej strony na prawo. Od samego mieszania herbata na pewno nie będzie słodsza.

Przekuli Małyszomanię w sukcesy

Jedynym dyscypliną w Polsce, w której widać ostatnio efekty systemowego działania i pojawiły się duże sukcesy, są skoki narciarskie. Udało się wykorzystać Małyszomanię do wzrostu zainteresowania skokami, pojawiły się spore jak na  wymiar tej dyscypliny pieniądze. Dzięki nim zbudowano skocznie, powstał program zawodów dla młodzieży Lotos Cup pod hasłem „Szukamy następców mistrza”. W efekcie mamy mistrza świata Kamila Stocha, a za jego plecami kilku, jeśli nie kilkunastu młodych zdolnych skoczków z Maciejem Kotem, Krzysztofem Biegunem, Piotrem Żyłą, Klimkiem Murańką i innymi. Tyle tylko, że skoki narciarskie to dyscyplina niszowa, uprawiana na poważnie w zaledwie kilku krajach, głównie skandynawskich i alpejskich, a większość krajów na świecie nie ma śniegu i skoczni.

W takiej dyscyplinie wystarczy więc zainwestować stosunkowo nieduże pieniądze (budżet Polskiego Związku Narciarskiego to około 16 mln zł), dobrze ustawić szkolenie, by w miarę szybko przyszły efekty. Aby osiągnąć sukces, zrobić postęp w dyscyplinach uprawianych przez cały świat, w których są wielkie pieniądze do wygrania i ogromna konkurencja - choćby piłce nożnej, tenisie, czy koszykówce - trzeba zainwestować miliardy i to bez gwarancji powodzenia. Dlatego tam, gdzie są wielkie pieniądze, zwykle – poza sporadycznymi wypadkami, gdy trafią nam się wielkie talenty, które dzięki prywatnym inicjatywom, a nie systemowi, robią kariery, jak Radwańska, czy Kubica – Polaków nie ma.

Polska piłka - inna dyscyplina sportu

W futbolu ta przepaść między Polską, a Europą robi się zatrważająca. Mecze w polskiej ekstraklasie w porównaniu z ligą angielską, hiszpańską, czy niemiecką czołówką, to już jakby inna dyscyplina sportu. Rozgrywane w zupełnie innym tempie, przy ułomnym poziomie motorycznym, technicznym, taktycznym. Oczywiście bierze się to przede wszystkim z kolosalnej różnicy finansowej. Budżety polskich klubów w porównaniu z europejską czołówką są śmieszne. Wiadomo, że czołowe klubu  Zachodu ściągają do siebie najlepszych piłkarzy ze wszystkich krajów świata, są im w stanie zapłacić bajońskie sumy za kontrakty. Polsce i krajom mającym ligi na podobnym sportowym i finansowym poziomie (typu Estonia, Łotwa, Słowacja, bo już Rumunia, czy nawet Cypr to wyższa półka, o Turcji nie wspominając). Nam zostają odpady, których nikt nie chce. Najczęściej Legia, Lech, czy Wisła szukają na Zachodzie piłkarzy, którzy są do wzięcia za darmo, z kartą na ręku i jeszcze do tego chcą grać w Polsce. Trafienie w ten sposób wartościowych piłkarzy jest szalenie trudne. Najlepszych Polaków od lat nie są w stanie zatrzymać, a jeszcze 10-15 lat temu to się udawało.   

Zawodzi suplementacja

To są jednak oczywistości. Jednak w mojej ocenie najlepsze kluby, ligi, uciekły polskim z jeszcze jednego szalenie istotnego powodu. Ponieważ jest ogromna przepaść między polskimi klubami a czołówką europejską jeśli chodzi o poziom opieki medycznej, wspomagania. Po zachodnich boiskach biegają niemal cyborgi, wyżyłowani do granic możliwości faceci, z kaloryferami nie tylko na brzuchu, ale w każdym możliwym miejscu. Pracują na to całe sztaby ludzi, wykorzystujący najnowocześniejsza osiągnięcia fizjologii, medycyny, sposobów żywienia. Stąd ich szybkość, siła, zwrotność, kondycja, która pozwala im grać w tak zawrotnym tempie, mając przeciwnika na plecach. Są produktami różnych LaboMilanów i wielu podejrzanych doktorów współpracujących z najlepszymi klubami. Prezes Legii Bogusław Leśnodorski chyba trochę zdawał sobie z tego sprawę, bo wymienił prawie cały sztab medyczny w klubie, a w wywiadach mówił o potrzebie podniesienia poziomu, jak to nazwał, suplementacji, ale na razie przynosi to efekty mizerne (choć Legia prowadzi w lidze, ale nie dominuje) lub wręcz złe (patrz liczba kontuzji).

Fatalne zarządzanie w Legii

Legia „08 zgłoś się” Warszawa to osobny rozdział. To co prezentuje obecny zespół z Łazienkowskiej – choć budżet jak na polskie warunki ma duży - kilka razy większy niż cały Polski Związek Narciarski - uwłacza wielkiej historii Legii, znakomitej drużynie Vejvody, czy bardzo dobrym ekipom Stachurskiego albo Janasa. Brak punktu i gola w pięciu meczach Ligi Europy z europejskimi średniakami i przeciętniakami to coś więcej niż kompromitacja. To poniżenie. Niedługo będziemy musieli dodawać, że przecież udało się mistrzowi Polski wywalczyć z Apollonem Limassol rzut rożny, albo wolny, bo o golach nie ma co marzyć. Na dodatek ta beznadziejna w europejskiej drugiej, czy nawet trzeciej lidze Legia na krajowym podwórku jest najlepszą drużyną. Choć nie zgadzam się, że dominuje, bo jednak sporo przegrywa, a nawet gdy wygrywa to często męczy się straszliwie, nawet z będącym w stanie upadłości Widzewem.

W czerwcu napisałem w felietonie dla Polsatu, po zdobyciu przez Legię tytułu mistrza Polski, że pierwszym trenerem w polskiej piłce dla mnie do zwolnienia jest nie Waldemar Fornalik, ale Jan Urban. Większość osób pukała się w głowę, uznając mnie za człowieka niespełna rozumu. Mam wrażenie, że dziś, patrząc na styl gry Legii, wyniki w Lidze Europy, wiele osób ma już inne spojrzenie na zespół i pracę trenera Urbana. Nie widać w tym żadnej myśli, wizji, zaplanowanych rozwiązań, zarówno co do gry zespołu jak i funkcjonowania całego klubu.

Legia pogrążona jest w chaosie, głównie z winy swoich właścicieli, którzy podejmują fatalne decyzje personalne i nie mają wiedzy i wyczucia na temat funkcjonowania zawodowego klubu. Na dodatek Legia jest dziś nastawiona na promocję i wyprzedaż wyróżniających się piłkarzy, a nie rozwój sportowy. Zatrudnienie w roli dyrektora sportowego Marka Jóźwiaka – który jako piłkarz wsławił się głównie głupimi dowcipami - było tego jednym z najbardziej jaskrawych przykładów obsadzania nieodpowiednich ludzi na najważniejszych stanowiskach. Obecnie zupełnie nie wiadomo, kto w Legii określa strategię sportową i jaka ona jest. Klub pogrążony jest w chaosie organizacyjnym i kryzysie zarządzania. Prezesem przypadkowo został człowiek, który pracował jako prawnik, a posadę dostał dlatego, że był kibicem Legii i poznał właścicieli klubu. Zadziwiające referencje.

Potrzebny Nowak i rozsądne transfery

Bogusław Leśnodorski ma jednak w sobie dużo energii, pomysłów, więc jeśli brakuje mu przygotowania merytorycznego do sportowych ocen, to gdyby otoczył się dobrymi fachowcami, doświadczonymi ludźmi – mógłby skierować klub na dobre tory. W Legii jednak nadal nie ma charyzmatycznego dyrektora sportowego (idealnym kandydatem byłby Piotr Nowak, albo ktoś w stylu Jerzy Engel, czy Leo Beenhakker), który określiłby sposób funkcjonowania pierwszej drużyny, systemu szkolenia, polityki transferowej. Dołączono do sztabu Michała Żewłakowa, ale tak naprawdę nie pozwolono mu realizować żadnego własnego programu, nie dostał posady dyrektora sportowego, tylko człowieka odpowiadającego za skauting. Dyrektorem sportowym jest Jacek Mazurek, który wcześniej szefował młodzieżowej akademii Legii i żadnego doświadczenia w wielkiej piłce nie ma. Na dodatek najgorsze jest, że władza sportowa w Legii jest rozmyta, rozkłada się na kilka osób, trudno więc o jasną, spójną koncepcję.

Transfery i kadra Legii to jest dziś zupełny chaos. Zespół jest personalnie przebudowany. Jest w nim ponad dwudziestu równych piłkarzy, ale w większości przeciętnych. Dobrych jest może z dwóch, trzech. Jest pięciu defensywnych pomocników, a nie ma nawet jednego klasowego napastnika. Urban żongluje więc składem, zmienia ustawienie, stara się zadowolić piłkarzy, tak, aby kilku nie obraziło się, że nie gra prawie wcale. A jak przychodzi ważny mecz, to okazuje się, że w Legii nie ma klasycznej dziesiątki, nie ma snajpera, a więc nic dziwnego, że trudno o gole, o zwycięstwa. Nie zapowiada się, by ktoś ten bałagan w korporacyjnym klubie w najbliższym czasie posprzątał i sensownie poukładał te klocki. Proponuję więc kibicom niczego pozytywnego już od reprezentacji, Legii, polskiej ekstraklasy, nie oczekiwać. To są po prostu przesłabe zespoły i nie ma podstaw, by było inaczej. Oszczędzi to nam rozczarowań i frustracji.      

Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”