Byłem przez te dni „w ogniu walki”, kontaktowałem się i z Andrzejem Wasilewskim i Pawłem Kołodziejem. Odnosiłem wrażenie, że obaj autentycznie byli pełni najlepszej woli, żeby doprowadzić do tego starcia. I przyznam szczerze, że w ogóle nie brałem pod uwagę scenariusza, że do walki nie dojdzie. Bo skoro najtrudniejszy zawsze element („Kasa, Misiu, Kasa!”) został dogadany, to na czym można się jeszcze potknąć? Okazało się, że można.


To co się stało to klęska i Pawła Kołodzieja i jego promotora Andrzeja Wasilewskiego (bo Piotr Werner, drugi z promotorów Kołodzieja akurat w tej sprawie pozostawał na uboczu). W tej wojence nie ma zwycięzców. Przegrani są i Kołodziej i Don Wasyl. Paweł nie prędko odbuduje swoją pozycję, szczególnie w oczach kibiców. Także tych normalnych (o hejterach już nie wspominam, ci zawsze będą nienawidzić). Andrzej Wasilewski też wychodzi z tej potyczki pokiereszowany, bo nie doprowadził swojego kolejnego boksera do walki o mistrzostwo świata i usłyszał albo przeczytał o sobie wiele przykrych słów.

Teraz pozostaje Wasilewskiemu i Kołodziejowi tylko zatrzeć fatalne wrażenie jakie pozostało po tej sprawie. Promotor może to zrobić załatwiając „swoimi kanałami” przywrócenie Kołodzieja na 2 miejsce w rankingu IBF wagi cruiser ( został z niego wyrzucony w tej weekend) i potem doprowadzając go do kolejnej walki o mistrzostwo świata. Ale będzie to kręta droga. Walka z Drozdem? - mało prawdopodobna. Pojedynek z Włochem Mirko Larghettim? Bardziej prawdopodobny, ale za kiepskie pieniądze. Czekanie na ofertę od Yoana Pablo Hernandeza? To może być czekanie jak na Godota.

A Paweł Kołodziej? Lubię go i cenię, życzę mu jak najlepiej. Ale nie wiem czy nie „przekombinował”. W podobnej sytuacji Artur Szpilka szybko podpisał kontrakt na walkę z Jenningsem. Życie pokaże, który z nich na tym lepiej wyjdzie. Na razie lepiej wychodzi Szpilka, bo przybliża się do wymarzonej walki o mistrzostwo świata. Paweł Kołodziej – od niej się oddalił.