Puchar Hopmana to nieoficjalne mistrzostwa świata drużyn mieszanych. Formuła turnieju noszącego imię wybitnego australijskiego tenisisty i trenera jest prosta: drużyna składa się z mężczyzny i kobiety i jeśli po dwóch singlach jest remis, o zwycięstwie decyduje mikst. Są dwie grupy, w każdej cztery zespoły. Zwycięzcy grup spotkają się 4 stycznia w finale.

Dobrze wychowany, skromny, nieco nieśmiały

Michał Przysiężny i Łukasz Kubot – naturalni kandydaci do zastąpienia Janowicza - zgłosili się już do turnieju w Dausze, wybór Agnieszki padł więc na Grzegorza Panfila. Grzegorz też musiał zmienić swoje plany. Miał lecieć do Chennai, na turniej ATP rozgrywany w południowych Indiach, by zagrać w eliminacjach. Jego ranking (288 ATP) nie pozwalał mu na wielkie rzeczy, Panfil marzył o powrocie na korty w Melbourne, gdzie w 2006 roku w parze z Błażejem Koniuszem wygrał juniorski, wielkoszlemowy Australian Open.

Pamiętam go sprzed dziesięciu lat, kiedy po raz drugi wygrywał na Warszawiance turniej mojego ojca. Od tego czasu widzieliśmy się parę razy. Dobrze wychowany, skromny, nieco nieśmiały blondyn był zawsze do dyspozycji drużyny w Pucharze Davisa.

Jako sparingpartner lub pełnoprawny członek zespołu. W meczu z Madagaskarem przed dwoma laty stanął do gry u boku Jerzego Janowicza w warszawskiej hali Ursynów. Panfil jest zresztą członkiem tzw. junior Davis Cup team, rezerwy naszej pierwszej drużyny.

Wspólnie z Andrzejem Kapasiem, Marcinem Gawronem i Piotrem Gadomskim trenuje pod okiem Bartka Dąbrowskiego w Bytomiu. Ostatnio coraz częściej jeździł też do Łodzi, gdzie był sparingpartnerem Jerzego Janowicza.

Trochę w stylu niezapomnianego McEnroe

W Pucharze Hopmana, po zwycięstwie nad Andreasem Seppim w meczu z Włochami, leworęczny i mocno zbudowany Panfil rozpoczął na najwyższych obrotach grę z nadzieją kanadyjskiego tenisa, Milosem Raonicem. Znakomicie serwując, często chodząc do siatki zepchnął wysokiego (198 cm) Kanadyjczyka do defensywy. Urozmaicona gra Polaka, częste zmiany kierunku piłki, nagłe przyspieszenia z forhendu i kąśliwe skróty wybiły z uderzenia Raonica. Panfil znakomicie returnował, a przecież serwis Kanadyjczyka uważany jest za jeden z najlepszych na świecie. Pierwszy partia zakończyła się zwycięstwem Polaka w 46 minut, 7-1 w tie breaku. Panfil skończył seta efektownym wolejem z bekhendu, granym z podskoku, trochę w stylu niezapomnianego Johna McEnroe!

Przed drugim setem zadawałem sobie pytanie, czy Panfil utrzyma ten wysoki poziom, a on zagrał jeszcze lepiej. Przełamał serwis Raonica i wyszedł na prowadzenie 2:0. Po chwili było już 3:0 i wystarczyło, by do końca wygrywał swoje gemy serwisowe.

Efektownym wolejem, tym razem z forhendu, skończył fenomenalny mecz: 7:6, 6:3 w  godzinę i 21 minut. Podobało się też zachowanie Polaka. W przeciwieństwie do ponurego Kanadyjczyka, uśmiechał się sam do siebie, nawet po przegranych punktach. Po ostatniej piłce powiedział łamaną angielszczyzną: - Zagrałem mecz życia, ciągle nie mogę w to uwierzyć, jestem szczęśliwy! Good evening...

Uwierzyć w siebie, pokonać słabości

Teraz przed Agnieszką Radwańską  i Grzegorzem Panfilem trzy dni przerwy, a 2 stycznia decydujący o awansie do finału mecz z Australią (Samantha Stosur, Bernard Tomic).

Ktoś powie: to tylko pokazówka, a Panfil ma prawie 26 lat i jest w trzeciej setce tenisistów świata. Jego miejsce to turnieje rangi futures, ewentualnie challengery. Ale z drugiej strony marzenia w życiu są ważne. Może ten cudowny tydzień w Perth zmieni życie skromnego chłopaka ze Śląska. Pozwoli mu uwierzyć w siebie, pokonać słabości i zakwalifikować się do turnieju głównego Australian Open. Szczerze mu tego życzę.