25 marca 2007 roku, godzina 12. W samo południe, jak w słynnym westernie z Grace Kelly i Garym Cooperem. Pogoda fatalna – deszcz ze śniegiem, wiatr, zimno, szaro i ponuro. Mecz polskiej trzeciej ligi piłkarskiej. Znicz Pruszków grał na własnym, świeżo wtedy odremontowanym, stadionie ze Świtem Nowy Dwór. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem piłkarza, którego wówczas znał mało kto w polskim futbolu, poza ludźmi z Pruszkowa związanymi ze Zniczem. A o którego niedawno biły się podobno Real Madryt, Chelsea Londyn i dwa Manchestery, a i tak od maja 2012 roku było pewne, że trafi do Bayernu Monachium, najlepszego obecnie klubu w galaktyce i okolicach.

Nie był wówczas zawodnikiem, który ma zarobić w Bayernie 9-11 mln euro za sezon, plus 15 mln euro za podpis na kontrakcie, a w sumie w czasie pięcioletniej umowy około 300 mln zł, co jest zdecydowanie najwyższym wynagrodzeniem w historii polskiego sportu. Wiosną 2007 roku „Lewy” był piłkarzem kupionym dziewięć miesięcy wcześniej przez Znicz z rezerw Legii za… 5 tysięcy złotych. Nawet w tej trzeciej lidze nie zdążył jeszcze do tamtego dnia za bardzo błysnąć, bo jesienią 2006 roku strzelił dla Znicza ledwie trzy gole w trzeciej lidze, zwykle będąc rezerwowym.

Owego słotnego, depresyjnego niedzielnego poranka, mimo zmęczenia po sobotniej imprezie, zwlokłem się rano z łóżka i pojechałem do Pruszkowa oglądać mecz trzeciej ligi nie dlatego, że chciałem zobaczyć w akcji Roberta Lewandowskiego. Nie wiedziałem jeszcze wtedy nawet, że taki piłkarz istnieje. Znalazłem się na stadionie Znicza przypadkowo, ściągnięty tam przez dwóch kolegów, blisko związanych z dwoma podwarszawskimi klubami. W piłkarskiej reprezentacji dziennikarzy grałem razem z Jackiem Kowalskim, burmistrzem Nowego Dworu Mazowieckiego i jednym z najważniejszych działaczy Świtu. Jacek od lat gościnnie występuje w drużynie dziennikarzy i wtedy akurat od dłuższego czasu zamęczał mnie opowieściami jaką to mocną pakę buduje w Nowym Dworze i że zespół wróci wkrótce do ekstraklasy.

Z kolei Krzysztof Srogosz był młodym dziennikarzem, który zaczynał pisanie u mnie w dziale sportowym Życia Warszawy, a później pracował też ze mną w Polska The Times. Krzysiek pochodzi z Pruszkowa, mieszka w tym mieście i jest zakochany w Zniczu. Srogosz był wówczas społecznie rzecznikiem Znicza, organizował w klubie konferencje prasowe, stronę internetową itd. Chyba tylko Pershing, koszykarze Mazowszanki i pochodząca z Pruszkowa była gwiazda Kabaretu Moralnego Niepokoju Katarzyna Pakosińska rozsławili to miasto bardziej od niego.

„Srogi” z kolei twierdził, że Świt nie ma szans, do drugiej ligi awansuje Znicz, a wcześniej przez dwa lata zamęczał mnie opowieściami jaki to piłkarski brylancik gra u niego w Pruszkowie. - „Radzio”, Maja”, wygląda jak dziecko, ale mówię ci, drugi Leszek Pisz, tylko lepszy. Musisz go przyjechać zobaczyć – rekomendował mi Srogosz Radosława Majewskiego. Późniejszego reprezentanta Polski, obecnie piłkarza Nottingham Forest, wtedy kopiącego jeszcze piłkę na trzecioligowych klepiskach, choć już bardziej znanego niż Lewandowski, bo mającego za sobą występy w juniorskich reprezentacjach Polski („Lewy” nie zagrał ani razu w żadnej juniorskiej kadrze, dopiero w 2008 roku w młodzieżówce U-21). „Srogi” mówił też, że oprócz Majewskiego w Pruszkowie mają również dobrego napastnika… Bartosza Wiśniewskiego.

Tak mi Jacek Kowalski z Krzyśkiem Srogoszem ten Świt i Znicz zachwalali, że musiałem wybrać się na ten ich trzecioligowy mecz, który miał być języczkiem u wagi w kwestii awansu do ligi drugiej. Majewskiego już nie zobaczyłem, bo tuż przed rundą wiosenną 2007 kupił go ze Znicza do Groclinu Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski Zbigniew Drzymała. Świt wygrał wtedy ze Zniczem 1:0.

Lewandowski przed tym meczem nie był nawet głównym napastnikiem Znicza. Za gwiazdę z drużyny z Pruszkowa i najlepszego snajpera uchodził wówczas Bartosz Wiśniewski (obecnie Dolcan Ząbki). „Lewy” jesienią 2006 był głównie jego zmiennikiem, dopiero pod koniec rundy wywalczył miejsce w składzie, po tym jak 17 września, wchodząc z ławki, strzelił dwa swoje pierwsze gole dla Znicza w 86 i 87 minucie wygranego 6:0 meczu MG MZKS w Kozienicach. Później trafił jesienią jeszcze tylko raz – w Grajewie z Warmią. Szału więc nie było.

W tym meczu ze Świtem Lewandowski też gola nie strzelił, choć później tak w tej rundzie wiosennej „się rozstrzelał”, że zdążył jeszcze zostać królem strzelców swojej grupy trzeciej ligi, przyćmiewając Wiśniewskiego. – Jacek, wygrałeś ten mecz, ale bardziej od Świtu podoba mi się Znicz – powiedziałem do burmistrza Kowalskiego po tym marcowym spotkaniu w Pruszkowie. – Srogi, nie wiem jak grał tu ten Twój Radziu Majewski, ale jest tu u was człowiek jeden człowiek, który ma zaj….e papiery na grę w piłkę. I nie chodzi mi o Wiśniewskiego. To ten z dziewiątką. Zrobi wielką karierę  – zwróciłem się z kolei do Srogosza. Już w trakcie meczu zapytałem go: „Srogi, a kto to jest ten gość z dziewiątką?”. – „Lewandowski. Z drugiej Legii go kupiliśmy. Niezły, co?” – odparł „Srogi”.
Tydzień po tym meczu Lewandowski strzelił jedynego, zwycięskiego gola dla Znicza w Nowym Mieście Lubawskim w meczu z Drwęcą, a 7 kwietnia 2007 roku zaliczył pierwszego hat-tricka w Pruszkowie, w wygranym 3:1 meczu z Pelikanem Łowicz. Od tego meczu ruszyła lawina, która poprzez Poznań, Dortmund, półfinał z Realem w Lidze Mistrzów, ma się zatrzymać za pół roku w Monachium…
 
Rozmowa z przyszłym menedżerem

Dzień po meczu Znicz – Świt, poniedziałek, 26 marca 2007 roku, godz. 17. Siedzę w studiu telewizyjnym kanału nSport. Przez dwa sezony byłem wówczas w każdy poniedziałek gościem piłkarskiego programu „Analizator”, w którym były prezentowane i komentowane wydarzenia z meczów polskiej ekstraklasy. Program prowadził zwykle Grzegorz Kalinowski, a przez wiele miesięcy stałym gościem-ekspertem był oprócz mnie… Cezary Kucharski, były piłkarz Legii Warszawa, późniejszy menedżer piłkarski. Program trwał aż dwie godziny, w jego trakcie mieliśmy zawsze około 10-minutową przerwę, którą zwykle poświęcaliśmy z Kucharskim i Kalinowskim na prywatne rozmowy o piłce.

Wówczas zagaiłem do „Kucharza” - z którym znałem się dobrze jeszcze od czasów, gdy grał w Siarce Tarnobrzeg i w młodzieżówce Wiktora Stasiuka, utrzymywaliśmy stały kontakt, gdy wyjechał grać do szwajcarskiego Aarau i koleżeńskie stosunki po jego powrocie do Polski, do Legii, wchodzącej właśnie do Ligi Mistrzów – mniej więcej tymi słowami: „Słuchaj Czarek, byłem wczoraj na meczu trzeciej ligi, w Pruszkowie. Gra tam niesamowity gość, talent taki, że głowa boli. Wysoki, szczupły, dobry technicznie. Gola nie strzelił, ale mówię ci, przyjmuje piłkę, zastawia, strzela, tak, że w reprezentacji Polski takiego nie ma. Diament do oszlifowania”.

„Jak się nazywa” – zapytał Kucharski. „Lewandowski. Robert Lewandowski” - odparłem. „Lewandowski? A to nie, nie znam, nie słyszałem” – odpowiedział „Kucharz”. Nie jestem pewny, czy wiernie przytaczam tę rozmowę, bo minęło już od niej prawie siedem lat i wówczas nie przywiązywałem do niej większej wagi. Nawet mi wtedy do głowy nie przyszło, że ten Lewandowski będzie obecnym Lewandowskim, człowiekiem, który strzeli cztery gole Realowi Madryt w półfinale Ligi Mistrzów i będzie wyceniany na dziesiątki milionów euro. Pamiętam jednak z całą pewnością, że Kucharski powiedział wtedy, że nie zna Lewandowskiego, co potwierdził, zapytany przeze mnie o to po jakimś czasie, przysłuchujący się tamtej rozmowie Kalinowski. Czarek nie miał też jeszcze wtedy licencji menedżera, więc nie mógł być związany kontraktem z Robertem.
 
Na kilka miesięcy zapomniałem o sprawie, nawet specjalnie nie interesowałem się, jak wiedzie się Zniczowi i Lewandowskiemu, bo był to dla mnie burzliwy rok, rozkręcaliśmy projekt „Polska The Times”, poczęty został mój pierworodny syn. Pewnego dnia przeczytałem jednak ze zdziwieniem w „Życiu Warszawy” artykuł, w który opinię na temat Lewandowskiego, strzelającego gola za golem w drugoligowym już Zniczu, wygłosił menedżer tego piłkarza… Cezary Kucharski. Dowiedziałem się o tym z gazety. Nie jestem pewny, czy wiedziałem wtedy, że Kucharski został menedżerem piłkarskim. Nie jestem nawet pewny, czy Czarek wtedy miał już licencję menedżera, gdy na początku zaczął opiekować się Lewandowskim.

Przypominam jednak sobie, że wcześniej, w środę 28 marca, a więc trzy dni po meczu Znicza ze Świtem, a dwa dni po programie w nSporcie, podróżowałem wspólnie z „Kucharzem”, jego Audi Q7, do Kielc na mecz kadry Beenhakkera z Armenią. Zapamiętałem dwie kwestie z naszej rozmowy w samochodzie. Po pierwsze, wtedy dowiedziałem się newsa, że Czarek właśnie będzie zdawał w PZPN egzamin na menedżera piłkarskiego, a szefem komisji oceniającej jest mój dobry kolega z reprezentacji dziennikarzy, mecenas Adam Gilarski. Zarówno Gilarski jak i Kucharski grali przez pewien czas ze mną w drużynach „Życia Warszawy” i „Polska The Times” w piłkarskiej Lidze Mediów.„Kucharz” stwierdził podczas tej podróży do Kielc też coś w stylu, że „jakbym miał kolejnych fajnych piłkarzy, którzy wpadli mi w oko, to żebym dawał mu cynk”.
 
Pamięć ludzka jest zawodna

Później mój kontakt z „Kucharzem” trochę się urwał, nie występowaliśmy już razem w programie telewizyjnym. Co jakiś czas temat wypatrzonego w Zniczu Lewandowskiego i rozmowy z Kucharskim w studiu nSportu powracał w moich rozmowach z kolegami, np. gdy Robert, już jako król strzelców drugiej ligi (Trzeciak i Urban do Legii go nie chcieli, bo… mieli przecież Arruabarrenę) przechodził ze Znicza do Lecha Poznań za 1,4 mln zł.

Zadzwoniłem do Kucharskiego dopiero, gdy „Lewy” został sprzedany za 4,5 mln euro z Lecha do Borussii Dortmund, a od tego transferu menedżerowi przysługiwała, zgodnie z umową, prowizja 12 procent. „Kucharz” miał więc otrzymać około 500 tysięcy euro. Niezła kasa, o którą długo musiał walczyć z Lechem, dopiero niedawno wygrał z nim w sądzie po długotrwałych utarczkach prawniczych. Powiedziałem żartobliwie, coś w stylu: „Czarek, zrobiłeś transfer za 4,5 mln euro, to zaprosiłbyś na dobrą kolację, albo chociaż powiedział dziękuję za podpowiedzenie tego Lewandowskiego przed laty”. Kucharski oświadczył jednak, że: „On o tym Lewandowskim wiedział już wcześniej, nim ja mu powiedziałem”.

Zdziwiłem się tą odpowiedzią, bo wtedy w studiu powiedział, że nie słyszał o Lewandowskim, nic też nie wspominał o nim w rozmowach po tamtym spotkaniu, co mnie trochę dziwiło. Zadzwoniłem więc do Grześka Kalinowskiego, który był wtedy z nami, by upewnić się, czy nie mam kłopotów z pamięcią. Grzesiek stwierdził, że pamięta tamtą naszą rozmowę o Lewandowskim. Nie jest tego pewny, ale przypomina sobie, że Kucharski chyba rzeczywiście wtedy powiedział, że nie słyszał o takim piłkarzu jak Lewandowski i dowiedział się wtedy ode mnie.
 
Od tamtej pory nasze stosunki z Czarkiem się ochłodziły i sporadycznie ze sobą rozmawiamy, a Kucharski nie wraca do tematu rozmowy w studio o młodym Lewandowskim ze Znicza. Nie mam jakiegoś wielkiego żalu, bo nawet jeśli zainteresował się nieznanym wtedy prawie nikomu Lewandowskim dzięki mojej rekomendacji, to i tak z tego tytułu żadne profity mi się nie należą. Koleżeńska podpowiedź, nawet nie sugestia, by się nim zainteresować w kwestiach transferowych, bo Kucharski nie był nawet wtedy menedżerem. To była zwykła informacja, że byłem na meczu, w którym wpadł mi w oko młody zdolny piłkarz i powiedziałem o tym „Kucharzowi”. Mam jednak taki mały niesmak. Chodzi mi jednak o najzwyklejszą prawdę, przyznanie jak było w rzeczywistości z Lewandowskim i Kucharskim, o ewentualne słowo dziękuję i zwykłą ludzką wdzięczność. Mam nadzieję, że „Kucharz” rzeczywiście znał wcześniej „Lewego”, nim mu o nim powiedziałem, bo inaczej musiałbym mieć bardzo złe zdanie o nim.

Jest tylko jedno wytłumaczenie tej sprawy, które powoduje, że można uznać iż wszystko przebiegło w miarę zgodnie z zasadami. Może po prostu Czarek, gdy powiedziałem mu w studiu o młodym Lewandowskim ze Znicza, z jakiegoś powodu ukrył, że go zna, coś powodowało, że nie chciał tego ujawniać i dlatego powiedział, że nie słyszał tego nazwiska. Nie był wtedy jeszcze menedżerem, dopiero planował jakieś ruchy i nie chciał, abym ja albo Grzesiek Kalinowski komuś przekazał, że on planuje związać się z Lewandowskim. Konkurencja nie śpi. Teoretycznie jest to nawet możliwe, że Kucharski wcześniej wypatrzył Lewandowskiego, bo Robert zagrał przecież – przed transferem do Znicza - kilka meczów w rezerwach Legii (strzelił w nich dwa gole w sezonie 2005/2006, a później był kontuzjowany i Legia go nie chciała), a Czarek jest przecież z tym klubem mocno związany i obserwuje także zawodników z zaplecza pierwszej drużyny. Przyjmijmy, że tak było.

W takiej sytuacji fajnie byłoby jednak wyjaśnić, że wtedy nie mógł o tym z pewnych powodów mówić, że musiał zaprzeczać, iż zna Lewandowskiego. Takie wyjaśnienie nigdy jednak nie nastąpiło. Tak czy inaczej, bez zawiści, gratuluję „Kucharzowi” przeprowadzki Lewandowskiego do Bayernu, która pozwoli jego menedżerom dostać prowizje liczone w milionach euro. Czarek ostatnio dzwonił do mnie wczesnym latem 2013 roku (aby podziękować, że wziąłem stronę piłkarza w sporze z PZPN o występy w reklamach), gdy ważyła się kwestia, czy Bayern wykupi Lewandowskiego z Borussii i trwały zażarte negocjacje, plotki, domysły, oświadczenia klubów. Potwierdził mi wtedy, że Robert na pewno będzie grał w Bayernie, tylko kwestia, czy już w lipcu 2013 za duże pieniądze dla Borussii, czy za rok na zasadzie wolnego transferu. Wiedziałem, że inna opcja nie wchodzi w grę, bo Bayern, Lewandowski i jego menedżerowie dawno już są po słowie. Tak więc te wszystkie starania Realu, Chelsea, czy Manchesteru były raczej bezsensowne i traktowałem doniesieniach o nich z przymrużeniem oka.
 
Transfer ustalony od maja 2012 roku


Niedawno niemiecki dziennikarz pochwalił się, że o tym iż „Lewy” przechodzi do Bayernu napisał już w lutym 2013 roku, jako pierwszy. W „Polska The Times” wspomnieliśmy o tym pierwszy raz już przed Euro w Polsce, w maju 2012 roku (dostałem cynk od osoby z otoczenia Kucharskiego, a z innego źródła tę wiadomość miał także Cezary Kowalski, współpracujący z „Polska The Times”), a we wrześniu 2012 roku napisaliśmy, że Lewandowski na pewno przejdzie do Bayernu i że jest to ustalone. Można sprawdzić w archiwalnych wydaniach.

Niedawno Adam Godlewski z „Piłki Nożnej” wrzucił na Twitterze wpis, że on jako pierwszy podał – we wrześniu 2013 roku - informację, iż 2 stycznia Lewandowski ogłosi przejście do Bayernu. Przed wszystkim nie jest to news do końca trafiony, bo jednak 2 stycznia tego nie ogłoszono, ale kilka dni później, więc nie bardzo jest się czym chwalić. Po drugie, mój redakcyjny kolega Hubert Zdankiewicz zwrócił mu delikatnie uwagę na Twitterze, że jako pierwszy informację o drugim stycznia, jako dniu ogłoszenia przejścia „Lewego” do Bayernu, zamieścił 29 lipca na łamach „Polska The Times” – a więc ponad miesiąc przed Godlewskim – komentator Polsatu Sport Cezary Kowalski. Dzień później, 30 lipca 2013 roku, sam rozszerzyłem informację na ten temat w moim felietonie dla Polsatsport.pl.

Nawet mój pierwszy felieton dla Polsatsport.pl, z 6 marca 2013 roku, był poświęcony Lewandowskiemu i Kucharskiemu. Pisałem w nim, że Polak na pewno przejdzie z Borussii do Bayernu, że sprawa jest przesądzona od dawna. Zastanawiałem się też, czy przy tym porozumieniu Lewandowskiego i jego menedżerów z Bayernem, nie zostały złamane przepisy UEFA i FIFA. Przecież przejście Polaka do Monachium ustalono już w 2012 roku, a zgodnie z  przepisami wszelkie umowy można zawierać dopiero na pół roku przed wygaśnięciem kontraktu, czyli w tym przypadku od 1 stycznia 2014 roku. A w praktyce „Lewy” gra już przez dwa lata dla Borussii, będąc po słowie z Bayernem. Kwestię tę podnosił też ostatnio portal „Weszło”. (Mój felieton „Bajer na lewo, czyli Lewandowski w Bayernie” z marca 2013 roku).
 
Niewypał z transferem Piekarskiego


Tylko dwukrotnie w czasie pracy dziennikarskiej w jakiś sposób miałem powiązania z konkretnymi transferami i działaniem menedżerów w tych sprawach. Za każdym razem kończyło się to jakimś zgrzytem. Drugim przypadkiem, poza akcją Kucharski-Lewandowski, był transfer Mariusza Piekarskiego z Flamengo Rio de Janeiro do Bastii. W 1998 roku byłem korespondentem dziennika „Życie” z mistrzostw świata we Francji. Reprezentację Tunezji prowadził wówczas Henryk Kasperczak, którego bardzo ceniłem i z którym od kilku lat często rozmawiałem, choć pracował wtedy wyłącznie poza Polską. Po przegranych meczach Tunezji na mundialu – już przed nim ustalono, że Polak nie przedłuża umowy z federacją i odchodzi do Bastii – przeprowadzałem, jadąc pociągiem z Paryża do Marsylii, telefoniczny wywiad z Kasperczakiem. Rozmawialiśmy o mistrzostwach i jego zbliżającej się pracy we francuskim klubie.

Po zakończeniu oficjalnej rozmowy, Kasperczak powiedział, że szuka rozgrywającego dla Bastii i zapytał mnie prywatnie, czy w Polsce jest piłkarz, którego mógłbym polecić na tę pozycję (Henri nie śledził bowiem dokładnie od lat polskiej ligi, pracując w Afryce, czy Francji). Odpowiedziałem, że w polskiej ekstraklasie takiego nie widzę, ale w Brazylii gra niezwykle utalentowany polski pomocnik o znakomitej technice i przeglądzie pola, Mariusz Piekarski (znałem go z gry w polskiej młodzieżówce, miałem okazję odbierać go na lotnisku, gdy po raz pierwszy przyleciał do Polski z miss Brazylii Kelly Ambrosio, która wkrótce została jego żoną). Zacytowałem Kasperczakowi nawet słowa słynnego Rivelino, który komentując mecz Piekarskiego w barwach Flamengo miał powiedzieć w telewizji: „Ten człowiek nie może być Polakiem. On musi być Brazylijczykiem. Taką technikę mają tylko Brazylijczycy”. Po takiej rekomendacji Kasperczak musiał się nim zainteresować. Podałem trenerowi numer do „Mario Piekario”, chwilę później zadzwoniłem do Piekarskiego, powiedziałem, że rozmawiałem o nim z Kasperczakiem i podałem „Piekarzowi” numer telefonu do trenera Bastii.

Obaj Panowie nawiązali kontakt, który wkrótce zaowocował transferem z Flamengo do Bastii za dużą jak na tamte czasy kwotę za polskiego piłkarza – 2 miliony dolarów. Wówczas był to transfer, który mieścił się w dziesiątce, jeśli nawet nie piątce, najwyższych w historii polskiej piłki. W transferze tym pomagał także komentator Polsatu Mateusz Borek, zaprzyjaźniony od lat z „Piekario”, który dostarczył Kasperczakowi kasetę z najlepszymi zagraniami Mariusza w lidze brazylijskiej.

Skojarzenie Piekarskiego z Kasperczakiem było oczywiście bezinteresowne, transfer przeprowadzali menedżerowie z licencją FIFA i to oni, niestety, pobierali prowizję. 10 procent od dwóch milionów dolarów, to całkiem niezła sumka. Trener co prawda w rozmowie telefonicznej zadeklarował po transferze, że zaprasza mnie w rewanżu na urlop na Korsykę na jego koszt, ale obietnicy nigdy nie udało się zrealizować. Przez ten transfer właśnie. Kasperczak bowiem szybko stracił w Bastii pracę.

Klubowi nie szło, a jako główny powód niepowodzeń podawano… nietrafiony transfer Piekarskiego, który miał problemy zdrowotne i nie grał na miarę oczekiwań. 2 miliony dolarów zapłacone za Polaka z Flamengo to był wtedy największy transfer w historii Bastii. Kasperczak zapłacił za ten transferowy niewypał posadą, a w sumie to przecież ja narozrabiałem. Być może także tak samo jak z tym „Kucharzem” i Lewandowskim. Kto wie, czy gdybym wtedy w studiu telewizyjnym nie powiedział przyszłemu menedżerowi o napastniku Znicza, to dziś mielibyśmy Polaka w Bayernie? Historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej…             
 
Autor jest szefem sportu w „Polska The Times”