Trudno podsumować występ polskich piłkarzy ręcznych w mistrzostwach Europy, gdyż ocena nie może być jednoznaczna. Wynikowo nieźle, bo szóste miejsce to drugi w historii wyniki reprezentacji Polski w tego typu zawodach. Tylko przed czterema laty w Austrii nasz zespół grał w półfinale i ostatecznie skończył turniej na czwartej pozycji. Stylowo również nie najgorzej, trzy mecze Polacy przegrali różnicą zaledwie jednej bramki, a w dwóch – z Serbią i Islandią wyniki nie tyle mogły ile powinny być inne. Personalnie także w porządku. Trener Michael Biegler wybrał odpowiednich zawodników, a Jakub Łucak zaskoczył bardzo pozytywnie. Poza tym szóste miejsce w Danii wzięlibyśmy przed mistrzostwami z zadowoleniem, gdyż ostatnie wyniki reprezentacji Polski były gorsze.

Półfinaliści tego turnieju są od nas lepsi. Oczywiście kwestią interpretacji jest różnica jaka dzieli nas od Danii, Francji, Hiszpanii i Chorwacji, dla jednych gigantyczna, dla innych nieznaczna, ale prawie wszyscy komentatorzy i obserwatorzy zgadzają się, że ona istnieje. My jesteśmy w tej drugiej grupie razem z Islandią, Węgrami, jednak Serbią i Norwegią, które odpadły już w pierwszej fazie grupowej oraz nieobecną tutaj Słowenią. Gdyby nie przegrany ostatni mecz bylibyśmy na czele grupy pościgowej i start w Danii należałoby uznać za niezwykle udany. Problem jednak z tym ostatnim spotkaniem. Nieczęsto się zdarza, by drużyna, która pierwsze prowadzenie w całym spotkaniu zdobywa dopiero 16 sekund przed końcem wygrywała. Można oczywiście zwalić tę porażkę z Islandią na brak szczęścia i przejść nad nią do porządku dziennego, ale chyba trzeba się zastanowić nad tym dlaczego i nie dopuścić do podobnych sytuacji w przyszłości. Zresztą w sporcie bilans szczęścia i pecha zwykle się równoważy i tak było również tym razem. My dar od losu i rywali dostaliśmy w spotkaniu z Białorusią, prezent natomiast daliśmy Islandii.

Drugi wielki turniej to również czas pierwszych podsumowań pracy trenera. Do tej pory Biegler miał komfortową sytuację, gdyż wszyscy grzecznie czekali na efekty jego pracy i nie szczypali, nie podgryzali, okazali cierpliwość i odpowiedzialność. Minęło jednak szesnaście miesięcy i teraz będzie inaczej. Wiele osób ma coraz większe zastrzeżenia do prowadzenia drużyny podczas meczów. Brakowało szkieletu zespołu, żelaznej ośmio lub dziewięcioosobowej grupy, która decydowałaby o obliczu gry. Grali wszyscy i to sporo. Nie widzieliśmy w tych mistrzostwach porządnie rozegranego ataku pozycyjnego, zwłaszcza gdy Polacy grali w przewadze. Rzuty karne to od czasu wypadnięcia z kadry Tomasza Tłuczyńskiego tylko loteria. Wpadnie, albo i nie. Regulowanie przerwami w grze też pozostawiało wiele do życzenia. W spotkaniu z Islandią ostatni czas Michael Biegler wziął siedemnaście minut przed końcem meczu! I wreszcie wycofanie Karola Bieleckiego przed konfrontacją  z Chorwacją i zastąpienie go Michałem Kubisztalem. Zgoda „Kola” świata tu nie zawojował, lecz to w poprzedzającym spotkaniu ze Szwecją spisał się najlepiej, a jego zmiennik z Chorwatami zagrał niespełna dwie minuty, gdy wynik był już przesądzony.

Błędów i kontrowersyjnych decyzji było więc sporo i najbardziej pocieszające jest to, że jednak  wynik mistrzostw Europy w Danii jest dobry. Jeżeli Michael Biegler nadal będzie miał zaufanie związku i potrafi wyciągnąć wnioski z porażek, za dwa lata w Polsce może być pięknie. Jeżeli…