Prezydent FC Barcelony zmienia się wcale nie tak często. W latach 1978-2000 urząd sprawował Josep Lluis Nunez. To były 22-letnie, rekordowe rządy w katalońskim klubie. Później nastąpiła niespełna trzy letnia era Joana Gaspara, a od 2003 roku siedem lat Joana Laporty. W 2010 Laporta – mimo dwóch wygranych „Bracy” w Lidze Mistrzów – przegrał głosowanie wśród „socios” z Sandro Rosellem, który zdobył aż 35 tysięcy mandatów. Rosell zebrał 61,35 procent oddanych głosów, co było drugim wynikiem w historii Barcelony. Więcej miał tylko Nunez w czasie elekcji w 1997 – 76,3 procenta. Rosell wygrał pod hasłem sanacji finansów klubu, który co prawda za Laporty sportowo triumfował – i w Hiszpanii, i w Europie, ale miał gigantyczne długi, sięgające 442 milionów euro. Rosell zmniejszył dług do 331 milinów euro, w znacznej części posiłkując się zastrzykiem finansowym z Kataru (kontrakt na 170 milionów euro – najpierw z Qatar Foundation, a następnie z Qatar Airways).

„Brak odpowiedzi potraktowałem jak zniewagę”

Wielkie kluby potrzebują wielkich piłkarzy. Real Madryt od dziesiątków lat wyznaje zasadę, że trzeba sprowadzać najlepszych graczy na świecie. W latach pięćdziesiątych XX wieku wygrał wojnę o legendarnego Alfredo Di Stefano, a w 2000 roku zszokował świat zakupem Luisa Figo – z odwiecznego rywala Barcelony. Przez ostatnie trzy lata trwała walka między Barcą a Realem o  wschodzącą gwiazdę światowego futbolu, Brazylijczyka Neymara. Prezydent „Królewskich” Florentino Perez mocno się zdenerwował. Wcześniej kupował najlepszych piłkarzy bez wahania. W przypadku Neymara odstąpił od transakcji, mówiąc publicznie: „Sprowadzenie tego piłkarza kosztowałoby 150 milionów euro”. Perez poszedł w innym kierunku – transferował Garetha Bale'a za 91,5 miliona. To była doprawdy dziwna kapitulacja bossa Realu, a jeszcze bardziej dziwne, że Rosell opowiadał publicznie, że za Brazylijczyka zapłacił tylko 57,1 miliona. Mocno to kontrastowało ze 150 milionami wymienionymi publicznie przez Pereza...

Cases nie pierwszy raz zaatakował Rosella – już wcześniej krytykował klub za kontrakt z Katarczykami. Zarzucał poważne nieprawidłowości, ale nie zdołał zebrać 15 procent poparcia, aby odsunąć Rosella od władzy. W listopadzie 2013 wysłał fax do klubu, prosząc o wyjaśnienie kontraktu Neymara – szczególnie zasady wypłaty 40 milionów euro na rzecz firmy rodziny Neymar - „N&N”. Barcelona nie odpowiedziała. Cases potraktował to jako obrazę i brak transparentności w klubie. „Jeśli powiedzieliby mi, że kontrakt Neymara jest priorytetem i rywalizacja z Realem Madryt wymagała nadzwyczajnego wysiłku, to wycofałbym się. Jednak brak odpowiedzi potraktowałem jak zniewagę” - relacjonował po kilku tygodniach. Na początku grudnia 2013 roku „socio” z Esparraguery postanowił pójść na otwartą wojnę z szefem Barcelony, a sprawa trafiła do Sądu Krajowego w Madrycie. Rozpętało się prawdziwe piekło, choć mało kto wówczas zdawał sobie z tego sprawę.

„Praktycznie anonimowy kibic doprowadził do obalenia Rosella”

13 stycznia 2014 roku dziennik „El Mundo” ujawnił, że Neymar kosztował prawie 95 milionów euro. Rosell szedł w zaparte, ponieważ Barcelona wielu płatności nie uznawała za części składowe transakcji. Jednak w końcu stycznie 2014 roku sędzia Pablo Ruz z Sąd Krajowego w Madrycie uznał za zasadne wszczęcie oficjalnego postępowania.  To był szok – to było już publiczne piekło, które z dnia na dzień doprowadziło do dymisji Rosella.

Rosell najpierw był wiceprezydentem Barcy – u Joana Laporty. Później stał się jego wrogiem, a atakował również Johana Cruyffa i Pep'a Guardiolę. „Wcześniej praktycznie anonimowy kibic doprowadził do obalenia Rosella. W futbolu hiszpańskim prawie nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka” - komentuje „Marca” piórem Santiago Seguroli.

Obowiązki prezydenta Barcelony przejął Josep Maria Bartomeu i od razu spóźnił się na swoją pierwszą konferencję prasową. Dziennikarze śmiali się, że do ostatniej chwili pracował nad liczbami, aby wyjaśnić kwoty związane ze sprowadzeniem Neymara. Publicznie tego wyjaśnienia podjął się Raul Sanllehi – dyrektor Barcelony. Sanllehi na początek zaczął kłamliwie, jak to mają w zwyczaju działacze piłkarscy na świecie: „Dalej podtrzymujemy, że zapłaciliśmy 57,1 miliona euro, a nie 95,1, co byłoby najdroższą transakcją w historii hiszpańskiej piłki”. Później wymieniał jednak kwotę po kwocie, co wcale nie dało 57,1 miliona euro. Cała transakcja wyniosła niewiele mniej, niż wcześniej podawała prasa – 86,2 miliona. Ba, różnica z mediami dotyczyła jedynie dochodów dwóch meczów towarzyskich z Santosem. Zdaniem prasy 9 milionów euro ma wpłynąć na konto brazylijskiego klubu, a Sanllehi twierdził, że Barcelona żadnych kwot nie gwarantowała z rozegrania dwóch towarzyskich spotkań z poprzednim pracodawcą Neymera (aby pominąć firmy DIS oraz Teisa, która miały łącznie 45 procent praw do piłkarza).

Oto poszczególne składniki porozumienia, które doprowadziło do zatrudnienia Neymara przez Barcelonę:

•    tylko 17,1 miliona euro trafiło do Santosu:
•    Firma „N&N” - własność rodziców Neymara – wzbogacona została o 40 milionów euro; Sanllehi: „To była promesa. Byliśmy pewni naszego transferu, choć ojciec piłkarza zaznaczył, że inny klub był gotowy zapłacić 60 milionów”. Nazwa Realu Madryt nie padł na konferencji Bartomeu. Nowy prezes Barcelony powiedział jednak znamienne zdanie: „Straciliśmy już kiedyś przy zielonym stoliku Di Stefano i nie chcieliśmy dopuścić, aby tak się stało z Neymarem”;
•    10 milionów euro otrzymał sam piłkarz za samo podpisanie kontraktu;
•     prowizja agentów to 2,7 miliona;
•    prawa marketingowe piłkarza – 4 miliony;
•    zapłata na rzecz fundacji Neymara – 2,5 miliona;
•    Do tego doszły transakcje na kwotę 9,9 milionów euro -  na rzecz firm rodzinnych Brazylijczyka - „Neymar & Neymar”, „Neymar Marketing Limited”, „Neymar Consultoría Deportiva y Empresarial”, „Organisation Proyecto Neymar”

Łącznie 86,2 miliona euro!  Przy okazji Barcelona przyznała, że piłkarz w pięć lat zarobi 44 miliony euro, czyli 8,8 miliona za sezon! Gdyby jednak doliczyć „rodzinne płatności”, to okaże się, że jego dochody sięgną płacy Leo Messiego, największej gwiazdy Barcelony w całej historii!
Tak nagła kapitulacja Rosella, to jednak wielkie zaskoczenie. Były prezydent Barcelony wywołał temat cierpienia rodziny, ale przecież sam często atakował największych w historii „blaugrany” - atakował bez pardonu, nie oglądając się na rodzinę, czy jakiekolwiek konwenanse. Walczył mieczem, ale w decydującym momencie wyszedł piwnicą. „Inżynieria negocjacyjna” - tak sam nazwał zabiegi o Neymara... Trudno uwierzyć w słowa Rosella, skoro w Brazylii prokuratura prowadzi postępowanie, w którym grozi mu osiem lat więzienia. Śledczy zarzucają Rosellowi, że w 2008 roku jego firma „Alianto Marketing” - organizując spotkanie Brazylii z Portugalią – ukryła dochód 3 milion euro. A niejasności są przy wielu innych aktywnościach Katalończyka...

„Cases wspomagany jest z Madrytu, aby nas zniszczyć”

Z kolei adwokat Casesa chce zaatakować wszystkich, którzy doprowadzili do takiego, a nie innego zatrudnienia Brazylijczyka. „Teraz idziemy po Bartomeu” - powiedział mecenas Felipe Izquierdo. „Żaden klub, a już na pewno nie najbardziej lubiany na świecie, nie zasługuje na taką historię, jaką zafundował mu Rosell” - skomentowała madrycka „Marca”. Tymczasem Santi Nolla w katalońskim dzienniku „Mundo Deportivo” napisał o dymisji Rosella nadzwyczaj łagodny tekst pod tytułem: „Odpowiedzialna decyzja”. Podkreślił na wstępie: „Rosell nie chce szkodzić klubowi - jego zachowanie to przykład szczerego postępowania, aby Barcelona nie znajdowała się na czołówkach mediów ze względów pozasportowych”. Nolla dodał: „Czy nie byłoby lepiej dla samego Rosella, aby dalej pełnił funkcję szefa Barcelony i korzystał z mocy tego stanowiska do obrony swoich racji? Nigdy wcześniej nie było takiego sporu. Nigdy klub nie ujawnia szczegółów kontraktów – tu nie chodzi o transparentność. Tu chodzi o odpowiedzialność”. I wychwala byłego prezydenta: „Dobrze sobie radził jako menedżer w dobie kryzysu ekonomicznego, znał się też na futbolu. Miał problem z komunikacją, co było znaczące dla ludzi, którzy zwracają uwagę na słowa, a nie na czyny”.

W Hiszpanii jak na dłoni widać, że „As” i „Marca” redagowane są w Madrycie, a „Mundo Deportivo” i „Sport” w Barcelonie. Kastylia kontra Katalonia – ta rywalizacja trwa od setek lat. Ciekawe, co przyniesie referendum w sprawie niepodległości Katalonii, które odbędzie się jesienią 2014 roku? Na razie nowy prezydent Barcy, Bartomeu atakuje centrum Hiszpanii bez pardonu: „Zasady fiskalne płynące z Madrytu nie są nasze”. I dodaje: „Odnoszę wrażenie, że Madryt chce wygrać za kulisami, a nie na boisku”. Bartomeu wręcz formułuje spiskową teorię dziejów: „Cases wspomagany jest z Madrytu, aby nas skrzywdzić”...