Typowanie wśród medalistek Justyny Kowalczyk, po jej niefortunnej i bolesnej kontuzji oraz piątym miejscu w jej koronnej konkurencji na zawodach w Toblach i szóstym miejscu w biegu łączonym już w Soczi nie nastrajało żadną miarą optymistycznie, choć wątpić w Justynę mogą tylko ludzie małej wiary. A już złoty medal Zbigniewa Bródki, najsłynniejszego obecnie strażaka w kraju, graniczył wręcz z jakąś fantasmagorią.

Medali ci u nas dostatek, ale i następne przyjmiemy

Gdyby przewidział to pan premier, to prócz tego, że na weekend zamiast do Sopotu poleciał na Podhale, wysłałby do łowickiej straży na wspólne oglądanie biegu Bródki z miejscowymi strażakami przynajmniej ministra spraw wewnętrznych, któremu zdaje się zawodowa straż ogniowa podlega. Jeszcze mniej przewidujące okazało się Prawo i Sprawiedliwość, które akurat w dniu największych sukcesów polskich sportów zimowych w historii zwołało sobie kongres, który siłą rzeczy zszedł w mediach na drugi plan. Z tego, co mi wiadomo (a znam człowieka jeszcze z czasu wspólnych studiów prawniczych) sam prezes Jarosław Kaczyński jest wielkim miłośnikiem, nawet znawcą sportu, czego nie da, zdaje się, niestety powiedzieć o jego najbliższym otoczeniu.

Cztery medale olimpijskie, wszystkie na dodatek złote, to wedle obecnie wygłaszanych opinii jeszcze nie koniec naszych możliwości na tych igrzyskach. Można byłoby wprawdzie, parafrazując Sienkiewicza (tego od „Trylogii” i innych wybitnych dzieł, a nie jego prawnuka od spraw wewnętrznych), powiedzieć, że medali ci już u nas dostatek, jednak i następne przyjmiemy z wielką radością. Ale czym więcej medali, czego wszystkim potencjalnym medalistom życzę z całego serca, tym zaciemnienie obrazu polskich sportów zimowych będzie większe.

Jak Litwini pod Grunwaldem

To taki kolejny polski paradoks, bowiem Polska to kraju paradoksów. W tych dniach najbardziej istotne, na dodatek najbardziej nośne, są jednak paradoksy naszego Zimowego Królestwa, w którym jest jedna Królowa Śniegu, jeden Król Powietrznych Przestrzeni i jeden Król Mega Szybkiej Ślizgawki, nieliczne grono dworzan oraz armia bosonogich potencjalnych narciarzy i łyżwiarzy. Wyposażonych w nowoczesny oręż, jak Litwini pod Grunwaldem. Pardon. Pod Żalgirisem. Bo sporty zimowe i warunki do ich uprawiania w kraju to totalna tragedia. Do spotęgowania tego super paradoksu przydałby się jeszcze jakiś sukces w saneczkach lub bobslejach. I uprasza się o nie oprotestowanie, bo przecież nasi panczeniści trenują na co dzień w Berlinie, Erfurcie lub Heerenveen, a saneczkarze, żeby rozegrać mistrzostwa Polski, wynajmują tor na Łotwie. Z trasami biegowymi też nie jest najlepiej (pomijając wiosenną zimę, ale to już kwestia sił wyższych), bo na dobrą sprawę tylko dzięki wieloletniemu uporowi i gigantycznej pracy Juliana Gozdowskiego pojeździć do woli na nartach można wyłącznie w Jakuszycach.

Nie raz i nie dwa, niezależnie od tego, kto rządził Polską, po wielkich sportowych sukcesach w zaniedbanych infrastrukturalnie dyscyplinach, wiele obiecywano, ale zawsze sprawdzało się powiedzenie „Obiecanki, cacanki, a głupiemu radość”. I żeby pozostać przy wypracowanych przez wieki mądrościach można dodać, że Król nadal jest nagi. Ale może tym razem, bo kampania wyborcza rozpoczyna się już na całego, więc czymś warto byłoby się wykazać. Poza wspólnym śniadaniem, wręczeniem nagród i orderów oraz wspólną fotografią ze sławami sportu.