Przez tydzień w Soczi zdobyliśmy dwa razy więcej złotych medali niż wcześniej przez prawie sto lat historii zimowych igrzysk olimpijskich. Do 2010 roku i igrzysk w Vancouver mieliśmy tylko jedno złoto – Wojciecha Fortuny z 1972 roku. W Kanadzie drugi krążek dorzuciła Justyna Kowalczyk. Tymczasem w Soczi mamy już cztery złote medale i jeszcze dwie szanse na walkę o nie – w konkursie drużynowym skoczków oraz w biegu na 30 km kobiet z udziałem Justyny Kowalczyk. Za chwilę możemy przeskoczyć taką potęgę jak Rosja, która jeszcze w niedzielę wieczorem miała tyle samo złotych medali. Władimir Putin, który wpompował w igrzyska 51 miliardów dolarów, chyba by tego nie zdzierżył.

Ponieważ są to medale z najcenniejszego kruszcu, występy polskich sportowców w Soczi są spektakularne, radość w narodzie ogromna, jesteśmy wysoko w klasyfikacji medalowej, ale to zupełnie zaciemnia obraz prawdziwej siły polskiego sportu na zimowych arenach. Choć to zima, to potrzebny jest jednak chyba kubeł zimnej wody, abyśmy nie zwariowali i nie odfrunęli ze szczęścia razem z Kamilem Stochem.

Miejsce w klasyfikacji medalowej jest sztucznie napompowane. Cztery złote krążki zostały  zdobyte przez trójkę wybitnych sportowców, a reszta naszych zazwyczaj – poza nielicznymi wyjątkami – jest tłem w olimpijskiej rywalizacji. Miejsca w pierwszej dziesiątce to dla polskich sportowców równie rzadkie zdarzenia jak stokrotki kwitnące w śniegu, natomiast występy biało-czerwonych, kończące się od trzydziestego miejsca w dół (albo duuuuużo dalej, jak w przypadku biatlonistów) są częstsze niż komplementy dla Justyny i Kamila. Nie mamy żadnego srebrnego, ani brązowego medalu. Może się tak zdarzyć, że do końca igrzysk będziemy mieli same złote medale i żadnych innych. Kraje, które są tuż przed nami w  klasyfikacji mają zdobytych po kilkanaście medali, a więc kilka razy więcej niż my. Kilka krajów za nami, też ma więcej krążków.

Brakuje systemu i infrastruktury

Oczywiście to nie powód do płaczu, trzeba się cieszyć i być dumnym z tych  czterech krążków, docenić wielką sportową klasę Justyny Kowalczyk, Kamila Stocha, Zbigniewa Bródki. Trzeba też jednak wyciągnąć z tego mądre wnioski i sprawiedliwie ocenić. Ten złoty sukces w Soczi to bowiem nie jest efekt potęgi i świetnej organizacji oraz szkolenia w polskich sportach zimowych. To szczęśliwy zbieg okoliczności, że pojawiły nam się w trzech dyscyplinach trzy wybitne jednostki, które głownie dzięki swojemu talentowi, determinacji, tytanicznej pracy, wbrew logice (może poza Stochem, w skokach narciarskich od kilku lat mamy zalążki systemu i zaczyna to wyglądać profesjonalnie) osiągnęły mistrzowski poziom.

O ile w skokach konstruktywnie wykorzystaliśmy Małyszomanię, powstały skocznie, jest sponsor, jest program i cykl zawodów „Szukamy następców mistrza”, młodzież garnie się do tego sportu, stworzono komfortowe warunki przygotowań dla reprezentacji na kilku szczeblach, to w biegach narciarskich i łyżwiarstwie szybkim jesteśmy organizacyjnie tylko kilka metrów przed Egiptem i Sudanem. Za plecami Justyny jest wielka pustka i gdy ona skończy karierę po polskich biegach narciarskich zostanie tylko wspomnienie. Pojedyncze dobre występy Sylwii Jaśkowiec to mało, by twierdzić, że cokolwiek się rodzi. Justyna w sztafecie wywalczyła koleżankom stypendia na dwa lata po cztery tysiące netto miesięcznie i to by było na tyle radosnych wieści dla reszty naszych biegaczek.

Złoty medal dla Zbigniewa Bródki w łyżwiarstwie szybkim to właściwie typowy paradoks. Zdobywa go reprezentant kraju, który nie ma choćby jednej krytej hali łyżwiarskiej i zawodnicy muszą tułać się po świecie i przepłacać, by móc w normalnych warunkach trenować. Dramatyczne apele środowiska panczenistów do władz polskiego sportu i państwa o pomoc, na niewiele dotąd się zdały. Ba, przecież nawet Justyna Kowalczyk narzeka, że w Polsce nie ma gdzie trenować, bo brakuje odpowiednio przygotowanych tras. Wygrana Bródki z armią Holendrów, w kraju których na łyżwach jeżdżą wszyscy, począwszy od trzylatków, na stulatkach skończywszy, zakrawa na jakiś żart, albo bajkę z krainy tysiąca i jednej nocy. I jeszcze z tą dramaturgią a’la Hitchcock w tle i wygraną o trzy tysięczne sekundy po pełnych napięcia chwilach oczekiwania na dokładny czas.

Opowieści o karierze Bródki są trochę jakby wyjęte z innej epoki. Chłopiec, jego rodzina, znajomi, wylewający wiadra wody gdzieś tam na boisku w małych Domaniewicach. Tak rodzą się legendy. Ale w ten sposób można zdobyć jeden złoty medal przez sto lat, a nie po kilka medali regularnie na każdych igrzyskach, jak w przypadku krajów, które łyżwiarstwo szybkie traktują profesjonalnie i poważnie. To wynik tego, że Pan Zbigniew, strażak z Łowicza, jest człowiekiem niezwykle ambitnym, do bólu pracowitym i szczęścia, że znaleźli się wokół niego ludzie, którzy potrafili nim pokierować i pomóc mu w osiągnięciu obecnej klasy. Ale nie jest to niestety efekt dobrze zaplanowanego i wykonanego systemowego szkolenia w polskim sporcie.

Wybitne jednostki i prywatna kasa

Bródka bardzo przypomina mi Justynę Kowalczyk. Jak ona jest wytrwały, zdeterminowany, potrafiący na treningach wykonać katorżniczą pracę. To ludzie z niesamowicie przesuniętym progiem odporności na ból i zmęczenie. Ich historie są także znamienne dla losów gwiazd polskiego sportu ostatniej dekady. Samotnicy, podążający własną ścieżką, którzy sukcesy zawdzięczają głównie sobie i swoim bliskim, a nie systemowi. Przecież wielkość Agnieszki Radwańskiej wzięła się nie z polskiej szkoły tenisa, ale dzięki jej ojcu, który szkolił córkę i rodzinie, która zastawiała cenne obrazy, by mieć pieniądze na szkolenie. Podobnie z Jerzym Janowiczem, którego rodzice musieli sprzedać sklep, aby mieć środki na dalszą karierę syna. Również Roberta Kubica prywatnymi staraniami wydeptał ścieżkę do wielkiej kariery i Formuły 1.

Nawet Adam Małysz w swoich czasach był samotnym białym żaglem polskich skoków, bo oprócz niego nie mieliśmy wtedy w zasadzie dobrych skoczków, a poziom organizacyjny był bardziej albański niż austriacki. Małysz osiągnął te sukcesy dzięki wybitnemu talentowi oraz szczęściu, że Apoloniuszowi Tajnerowi udało się w pewnym momencie stworzyć wokół siebie profesjonalną grupę szkoleniową z fizjologiem Jerzym Żołądziem i psychologiem Janem Blecharzem.  

Szkoda, że głównie improwizujemy, zdajemy się na przypadek, opieramy na wybitnych jednostkach, zdanych na siebie, zamiast mieć mocny system, a jesteśmy przecież 40-milionowym krajem i choćby właśnie na przykładzie panczenistów widać jak duży potencjał sportowy drzemie w Polakach. Choć mamy kłopoty z torami, halami, trenerami, pieniędzmi, systemem szkolenia, to od lat mamy przyzwoitych zawodników. Olimpijskie medale Elwiry Seroczyńskiej i Heleny Pilejczykowej w latach 60-tych, sukcesy w światowej czołówce 20 lat później Erwiny Ryś-Ferens, Zofii Tokarczyk, późniejsze niezłe wyniki Pawła Zygmunta, Jaromira Radke, czy ostatnie medale olimpijskie naszej żeńskiej sztafety oraz Zbigniewa Bródki są tego dowodem.

Przed igrzyskami prognozowałem w portalu Polsatsport.pl, że zdobędziemy 3-5 medali i żeby nie rozbudzać sobie apetytów opowiadaniami o kilkunastu polskich szansach medalowych w Soczi. Wygląda na to, że będzie tych medali 5-7 – bo jeszcze oprócz Justyny na 30 km i drużyny skoczków mogą jakiś krążek dorzucić łyżwiarze szybcy w sztafetach (w biatlonistki nie wierzę) – a więc trochę powyżej tego co można było realnie zakładać. To i tak jednak niezły wynik, biorąc pod uwagę to, jak zorganizowany i jak nisko dotowany jest polski sport. Przecież do ery Małysza, do igrzysk w Salt Lake City w 2002 roku, mieliśmy ledwie cztery medale z wszystkich olimpiad. Sześć medali z poprzednich igrzysk w Vancouver to był nagły wyskok, który nie łatwo jest powtórzyć, a okazuje się, że w Soczi stało się to realne i w dodatku z przewagą złotych medali.

Trzeba jednak pamiętać, że z czternastu medali olimpijskich na zimowych igrzyskach, które mieliśmy przed Soczi, aż osiem zdobyła tylko dwójka sportowców – Adam Małysz i Justyna Kowalczyk. W Soczi ta tendencja się utrzymuje – kilka wybitnych jednostek, które windują nas w górę i bardzo przeciętna reszta. Nie mamy mocnej, szerokiej czołówki zawodników w sportach zimowych. Dobrze, że trafiają nam się gwiazdy, ale ich przecież kiedyś zabraknie i okaże się, że np. w Krakowie w 2022 roku zostaniemy bez medalu, jeśli nie stworzymy profesjonalnych podwalin, choćby takich jak w skokach.

Kobieta z żelaza

Dla większości Polaków największą gwiazdą igrzysk w Soczi jest bez wątpienia Kamil Stoch, jego dwa złote medale zostały przyjęte z entuzjazmem. Dla mnie jednak największą bohaterką pozostanie Justyna Kowalczyk. W Soczi pokazała, że jest wielka, niezłomna. Jej zwycięski bieg na 10 km stylem klasycznym był chyba najbardziej heroicznym występem w historii polskiego sportu. Bieg z pękniętą kością stopy, zranionym ścięgnem, po zerwaniu paznokci, gorączce, po wieloletniej psychologicznej batalii z Norweżkami i ostatniej z prezesem Apoloniuszem Tajnerem. To była wielka wojna Justyny z prawie całym światem. Ona na trasie miała tak dużo do udowodnienia, tak wielką motywację, że sama ta siła psychiczna pchała ją na nartach jak szalona po złoty medal.

Ten bieg Kowalczyk przejdzie do historii polskiego sportu na równi ze wspomnieniami o złotym medalu olimpijskim Mariana Kasprzyka, walczącego ze złamanym palcem, czy o broniącym ze złamanym palcem i blokadą w meczu reprezentacji Polski Józefie Młynarczyku. Będzie równie symboliczny jak rekord świata i słynny gest Władysława Kozakiewicza na igrzyskach w Moskwie, czy wielkie mecze drużyn Kazimierza Górskiego i Huberta Wagnera.

Kowalczyk na 10 km klasykiem dokonała czegoś niezwykłego, co zszokowało całą Norwegię, rozkochaną przecież w bieganiu na nartach, które jest tam sportem narodowym. Po wycofaniu z Tour de Ski, kłopotach ze stopą, słabszym występie w Toblach tuż przed igrzyskami, zdjęciu rentgenowskim z pękniętą kością, Norwegowie uznali, że Polki już nie ma, nie stanowi dla nich zagrożenia. I nagle podniosła się jak Feniks z Popiołów i zmiażdżyła wielką Marit Bjoergen i jej koleżanki. Zrobiła to w nadprzyrodzony sposób, jakby jej ciało wymykało się zasadom biologii. Kobieta z żelaza. Przecież Justyna nie ma takiego talentu do biegania na nartach jak Norweżki, jest od nich słabsza technicznie (zwłaszcza w stylu łyżwowym, na zjazdach, w sprincie), nie ma też tak rozbudowanego i nowoczesnego sztabu, systemu wspomagania, opieki medycznej i fizjologicznej. Jednak wszystko to potrafi nadrobić nadludzką pracą, wytrzymałością, determinacją, odpornością na ból i zmęczenie. Jej treningu nie wytrzymują nawet mężczyźni.

Charakterki wielkich mistrzów

Do tego Justyna jest niezwykle silna psychicznie, ma twardy charakter. Lubi te wszystkie małe wojenki, przepychanki, utarczki słowne. Mam wrażenie, że Kowalczyk, by osiągnąć wielki wynik, wręcz potrzebuje mieć prywatnego wroga, by skierować na niego swoją złość, skumulować energię. Przez lata była to Bjoergen i inne norweskie biegaczki, którym zarzucała niedwuznacznie sięganie po środki dopingujące, zasłanianie się astmą. Niejednokrotnie narzekała na warunki treningowe w Polsce, wycofała się z Tour de Ski, oburzona decyzjami organizatorów. Po biegu łączonym na 15 km w Soczi dokopała ekspertom, dziennikarzom i – choć nie wymieniła go z nazwiska – prezesowi Tajnerowi.

Justyna nie znosi krytyki, ostro atakuje tych, którzy nadepną jej na odcisk. Co tu dużo mówić – ma trudny charakter i nie jest to osoba, którą kocha większość ludzi w środowisku. Ale bez tego charakter(k)u nie byłaby też tak wielką mistrzynią.

Czyż nie podobnie jest z charakterami innych wybitnych polskich sportowców ostatniego okresu - Roberta Kubicy, Agnieszki Radwańskiej, Otylii Jędrzejczak, Jerzego Janowicza, Adama Małysza? Oni też są dość skryci, chodzą własnymi ścieżkami, potrafią być nieprzyjemni, trzymają media na dystans. Dziennikarze, rywale, opiekunowie, łatwo z nimi nie mają. Z tego schematu pozytywnie wyrywa się Kamil Stoch i młodzi polscy skoczkowie. Uśmiechnięci, otwarci, sympatyczni, elokwentni, kilku z nich to znakomici studenci no i showman Piotra Żyła (gorzej, że nie idzie to teraz u niego z formą sportową). Trochę przeciwieństwo zblazowanych piłkarzy i siatkarzy.

Norweżki jednak chore na astmę  

Na koniec optymistycznie. Przed igrzyskami w Soczi wydawało się, że medal Kowalczyk w biegu na 30 km - mniej odpowiadającą jej techniką dowolną - jest raczej mało realny, zwłaszcza, gdy odniosła kontuzję stopy. Norweżki, z Bjoergen na czele, dały popis siły w ostatnich zawodach Pucharu Świata, powtórzyły to w biegu na 15 km w Soczi. Jednak występ Polki na 10 km, a także katusze Norweżek, całkowicie odmieniły sytuację. Bjoergen i Johaug w końcówce biegu ledwo człapały, były potwornie wyczerpane, z trudem oddychały, jakby rzeczywiście cierpiały na astmę.

Ich forma idzie w dół, co potwierdziła sztafeta, którą sensacyjnie zakończyły poza podium. W tej sytuacji ich nagłe odrodzenie, wzrost formy, gdy tendencja jest spadkowa, byłby dziwny i podejrzany. Wydaje się ze sportowego i fizjologicznego punktu widzenia niemożliwy. Rysuje się więc dla Kowalczyk, jeśli stopa nie przeszkodzi jej w tak długim biegu, szansa na medal, może nawet złoty. Chyba, że Bjoergen znów cudownie odżyje…