Twardy charakter i swoista, w pozytywnym rozumieniu tego słowa, zawziętość sprawiły, że ani myślała odpuszczać. Przed Soczi miała już w dorobku cztery olimpijskie medale, z czego jeden złoty. Wygrywając swoją ulubioną konkurencje czyli bieg na 10 kilometrów klasykiem zdobyła medal piąty, więc w olimpijskiej statystyce ustępuje tylko Irenie Szewińskiej. Marzyła o tym, by owo złoto, zdobyte na dodatek w stylu pozbawiającym rywalki jakichkolwiek złudzeń, wieszała na jej piersi właśnie pani Irena, ale decydenci z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego postanowili inaczej. A jak wiadomo, medale na igrzyskach mogą wręczać tylko członkowie MKOl.

Zdjęcie rentgenowski lewej stopy Justyny Kowalczyk, które opublikowała już podczas pobytu  w Soczi, zrobiło karierę światową, a ona sama stała się synonimem heroizmu czasów pokoju. Pech nie opuszczał jej także w trakcie igrzysk. Przypadek sprawiał, że dwukrotnie (na „dzień dobry” w biegu łączonym i „na do widzenia w biegu na trzydziestkę) stanęły na jej drodze narty Finki Saarinen, do której jednak Justyna pretensji nie miała, bo i na dobrą sprawę mieć nie mogła. Ot, czysty przypadek. Gdyby, nie daj Boże, na jej nartę lub stopę, nadepnęła któraś z Norweżek, wielka burza wśród kibiców byłaby trudna do okiełznania.

Nie pierwszy to pech Justyny. Już w Turynie, z trudnych do wyjaśnienia przyczyn, zemdlała na trasie 10 kilometrów, a kierownictwo polskiej ekipy nie chciało słyszeć o jej starcie na „trzydziestkę”. Całą odpowiedzialność wziął wtedy na siebie dr Robert Śmigielski, a Justyna medalem potwierdziła słuszność tej decyzji dając jednocześnie pstryczka w nos prominentom z PKOl-u i wróżbitom różnego autoramentu. Rok później, na mistrzostwach świata w Sapporo, przykro mi było na potężnie zakatarzoną Justynę patrzeć. W tym stanie nie mogła oczywiście myśleć o medalach i podobnie, jak teraz w Soczi, w biegu na 30 kilometrów musiała zejść z trasy. Na szczęście w Vancouver wszystko ułożyło się po jej myśli. I teraz jej trzecie igrzyska. Pech na rozpoczęcie, pech na zakończenie. Mimo bolesnej kontuzji i bieganiu „na blokadzie” nawet nie myślała o rezygnacji ze startu w obu sztafetach, czym bardzo pomogła koleżankom, bo punktowane miejsce to dla nich kwestia podstawowego bytu czyli stypendium.

 Trener Aleksander Wierietielny jeszcze w  trakcie obecnych igrzysk oświadczył, że jest już zmęczony i pora odejść na emeryturę. Ja mu się specjalnie nie dziwię. Odejścia i następujące po nich powroty czasem jednak się zdarzają i wiele osób ma nadzieję, że Wierietielny, gdy trochę odpocznie i sprawę przemyśli, jeszcze w zawodzie trenerskim i z Justyną w duecie będzie się udzielał. Na razie jest dla mnie bohaterem niewiele mniejszym od Justyny, choć rzecz trudno kategoryzować, bo być może bez Wierietielnego nie byłoby aż tak wielkiej Justyny, a bez Justyny Wierietielny nie miałby okazji na wykazanie swojego trenerskiego warsztatu. Teraz dajmy jednak odpocząć i Justynie Kowalczyk i Aleksandrowi Wierietielnemu.