Słynny rosyjski reżyser Nikita Michałkow – który nota bene niósł, w towarzystwie innych gwiazd kultury, flagę olimpijską podczas uroczystości otwarcia igrzysk w Soczi – nakręcił w latach dziewięćdziesiątych znakomity, nagrodzony Oscarem, film „Spaleni słońcem”. Pięknym muzycznym motywem przewodnim filmu jest piosenka skomponowana przez Polaka, Jerzego Petersburskiego, znana w naszym kraju pod tytułem „To ostatnia niedziela”, do słów Zenona Friedwalda, w wykonaniu Mieczysława Fogga. Ten utwór wykorzystał także wielki kibic sportu Olaf Lubaszenko w swojej kultowej komedii „Chłopaki nie płaczą”.


Od dziesiątków lat ta melodia i słowa „To ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy…” płyną też z głośników toru wyścigów konnych na warszawskim Służewcu, gdy nadchodzi ostatni dzień sezonu, a gracze palą wówczas papierowe programy. W Soczi ta wzruszająca melodia podczas mijającego weekendu także byłaby jak najbardziej na miejscu. 23 lutego 2014 roku to jest bowiem ostatnia niedziela i ostatni dzień igrzysk olimpijskich.

Nawiązując do tytułu filmu Michałkowa, mam wrażenie, że Polacy po rosyjskich igrzyskach 2014 są trochę spaleni, a raczej zaćmieni albo nawet lekko zaślepieni, nie słońcem (choć niektórzy tak, bo w górach Kaukazu było momentami cieplej niż podczas letnich igrzysk w Londynie dwa lata temu), ale złotem. To jest bez wątpienia nasz najlepszy olimpijski występ w historii sportów zimowych, ale skala tego sukcesu jest nieco przeszacowana. Owszem, mamy kilku wybitnych sportowców, bohaterów tych igrzysk, ale całość wygląda trochę jak okazała z zewnątrz willa, do której wstawiono tandetne paździerzowe meble, nie wykończono podłogi, a śmieci zostały zamiecione pod dywan.

Faworyci nie zawiedli

Pozytywne wnioski są bowiem raptem dwa. Pierwszy – nasi kandydaci do medali w Soczi niemal w komplecie nie zawiedli, bo biatlonistki były raczej wymieniane w kategorii pobożnych życzeń, a nie konkretnych oczekiwań, jak w przypadku skoczków, Kowalczyk i panczenistów. Wśród tych pewniaków mamy dwie wielkie gwiazdy, Justynę Kowalczyk i Kamila Stocha, którzy w Soczi potwierdzili, że są sportowcami światowej klasy i przejdą do historii nie tylko polskiego olimpizmu.

Drugi wniosek – pojawiła nam się dyscyplina, która niezwykle pozytywnie wszystkich zaskoczyła, której sukcesy nie wyglądają już na przypadek (jak jeszcze cztery lata temu brąz kobiecej drużyny w Vancouver), ale efekt dobrej, zaplanowanej pracy. Chodzi oczywiście o łyżwiarstwo szybkie. O ile można było zakładać, że z kilku szans – oba wyścigi drużynowe, Zbigniew Bródka indywidualnie – może urodzić się jeden, może nawet dwa medale, to zdobycie trzech krążków, w tym złotego, jest wielkim wyczynem polskich panczenistów. Na jednych igrzyskach zdobyli tyle medale, ile wcześniej przez prawie sto lat zimowych igrzysk.

Sześć medali w Soczi to powtórzenie rekordowego wyniku sprzed czterech lat z Vancouver. Z tym jednak zastrzeżeniem, że tym razem mamy nie jeden, ale cztery złote medale, a więc jest to najlepszy wynik biało-czerwonych w historii igrzysk. Ciesząc się z tych sukcesów, trzeba też jednak podkreślić jasno dwa minusy w tym naszym dorobku medalowym i ogólnie w ocenie występów polskich sportowców w Soczi. Nasza pozycja w klasyfikacji medalowej jest sztucznie zawyżona.

Miejsce w granicach dziesiątego wynika z faktu zdobycia czterech najcenniejszych krążków, ale zupełnie nie odzwierciedla faktycznej siły polskich sportów zimowych i naszej pozycji względem innych krajów. Podobnie wypaczony wynik ma jeszcze tylko Białoruś, która również zdobyła ledwie sześć medali, ale jest nawet wyżej od nas, bo w tym ma aż pięć złotych.

Pozostałe kraje, które nas wyprzedzają, mają po minimum kilkanaście medali, a większość nawet powyżej dwudziestu. Także bezpośrednio za Polską jest aż osiem państw, które zdobyło więcej krążków od nas. O czym to świadczy? Że mamy dwie wybitne jednostki (Stoch, Kowalczyk – w sumie trzy złote medale) oraz jeszcze jedną nową mocną dyscyplinę (łyżwiarstwo szybkie), ale przeciwieństwie do tych krajów nie mamy szerokiego grona dyscyplin i sportowców, którzy mogą zdobywać medale. Przy nich jesteśmy papierowym tygrysem.

Nie mamy też odpowiedniego zaplecza tych najlepszych zawodników, bo miejsc tuż za podium, w pierwszej dziesiątce, mieliśmy w Soczi mało. Trochę jest jak w tej piosence Petersburskiego: „Będziesz jeszcze dość tych niedziel miała, a co ze mną będzie - któż to wie…”. Czyli wiadomo, że Skandynawowie, kraje alpejskie, Rosjanie, Amerykanie, Holendrzy – będą mieli jeszcze mnóstwo tych olimpijskich niedziel, sukcesów, a co będzie z Polską za cztery lata na igrzyskach w Pyeongchang w Korei Południowej, któż to wie…

Przyszłość jest niejasna

Najbardziej smutny wniosek z występów Polaków na tych igrzyskach jest jednak taki, że część sukcesów wynika nie ze świetnego systemu szkolenia, dobrego centralnego ustawienia organizacji polskich sportów zimowych, ale zawdzięczamy te medale w dużej mierze wybitnym talentom oraz niezwykłej pracowitości pojedynczych sportowców. Trzeba jednak przyznać, że dwie dyscypliny wymykają się już na szczęście tej krytycznej ocenie.

W skokach narciarskich i – jak się okazuje – także w łyżwiarstwie szybkim, mamy już skuteczny szeroki system szkolenia, jest odpowiedni program rozwoju, dobrzy trenerzy, spora grupa utalentowanej młodzieży. W tych dyscyplinach możemy liczyć na medale również w przyszłości, choć w przypadku panczenistów tylko wtedy, gdy zapewnimy im odpowiednie warunki do treningu, bo na razie są oni ubogimi krewnymi skoczków.

Jednak już nawet w biegach narciarskich sytuacja wygląda bardzo źle. Dla Justyny Kowalczyk są to najprawdopodobniej ostatnie igrzyska olimpijskie, a być może nawet ostatni sezon (jej i trenerowi Wierietielnemu można postawić pytania jak z piosenki Fogga: „dzisiaj się rozstaniemy? dzisiaj się rozejdziemy? na wieczny czas?), a za jej plecami jest pustka. I nie widać perspektyw, by choćby na igrzyska w 2022 roku (w Krakowie?) coś miało się zmienić na lepsze. O pozostałych dyscyplinach i konkurencjach lepiej nie mówić. Nasi biatloniści, czy biegacze, o bobsleistach nie wspominając, nadal konsekwentnie podtrzymują ideę olimpijską barona de Coubertina, że liczy się przede wszystkim udział, a nie wynik.

Konkluzja do tych osiągnięć jest taka, że wynik Polski w Soczi jest powyżej naszych faktycznych możliwości. Kraje, które zdobyły w 2014 roku kilkanaście i więcej medali, mogą liczyć za cztery lata na kolejne liczne sukcesy, bo grupa dobrych zawodników jest szeroka. Natomiast w przypadku Polski – w zależności od tego ile talentów nam się pojawi i jakie będą okoliczności – równie dobrze możemy powtórzyć wynik z Soczi, jak i nie zdobyć (odpukać) na kolejnych igrzyskach żadnego medalu. Bo Justyna zakończy karierę, Stoch nie akurat nie trafi z formą jak teraz Schlierenzauer, a w łyżwach szybkich do Holendrów dołączą jeszcze dwie silne nacje, drużyna kobiet – mówiąc brzydko – nam się zestarzeje, a sam Zbigniew Bródka tego wózka nie pociągnie. Tych kandydatów do medali jest tak niewielu, że bardzo łatwo ich stracić.

To oczywiście czarny scenariusz i marudzenie, ale jest ono po to, byśmy nie zachłysnęli się tymi kilkoma krążkami w Soczi i nie stwierdzili, że jesteśmy już potęgą w sportach zimowych. Nie jesteśmy i niestety nie będziemy, choćby ze względu na klimat, położenie geograficzne i infrastrukturę. Możemy tę ostatnią jednak mocno poprawiać, podobnie jak poziom szkolenia i nakłady na sport. Skoki narciarskie, dzięki Adamowi Małyszowi głównie, potrafiły przez 15 lat wyjść z totalnego zaścianka, amatorki, więc podobnie do pewnego stopnia może być w każdej dyscyplinie.

Powrót skoczków, czyli faux pas

Ponieważ zawsze lubię się czepiać i krytykować (mam nadzieję, że konstruktywnie i sprawiedliwie) muszę jeszcze wrzucić kamyczek do ogródka naszych skoczków, a przede wszystkim dwukrotnego mistrza olimpijskiego Kamila Stocha. Zawsze bardzo chwaliłem naszą obecną ekipę skoczków, nie tylko za sukcesy sportowe, ale przede wszystkim dlatego, że – w odróżnieniu niestety od wielu gwiazd polskiego sportu - są to bardzo sympatyczni, inteligentni, otwarci, elokwentni młodzie ludzie (na dodatek mają w składzie showmana Piotra Żyłę).

Swoboda, luz, inteligencja, dowcip, dobra energia – jakie biły z wypowiedzi Stocha na konferencjach po odebraniu medali w Soczi były budujące i dawały nadzieje, że oto mamy wielkiego mistrza, który także mentalnie jest światowcem. Że jest z innej bajki niż zamknięci w sobie, odizolowani od mediów i często kibiców, unikający wywiadów, mrukliwi i czasami nawet aroganccy polscy gwiazdorzy ostatnich lat – Kubica, Radwańska, Janowicz, Małysz, Dudek, Jędrzejczak, Wlazły, ostatnio także Kurek.

Tymczasem wydarzenia ostatnich dni trochę zburzyły moje spojrzenie na Kamila. Styl, a w zasadzie jego brak, w jakim polscy skoczkowie wrócili z igrzysk Soczi do kraju, budzi mój – i nie tylko mój – niesmak. Lądowanie w Zurichu i podróż zostawionymi tam samochodami, gdzieś opłotkami w tajemnicy i ciszy do kraju, jest małym faux paux, czy może nawet wręcz lekceważeniem kibiców, mediów, a nawet polityków (jacy oni nie są, wiadomo, że chcą się ogrzać w ciepełku sukcesów, ale przyjęcie przez Prezydenta RP, czy premiera dwukrotnego mistrza olimpijskiego tuż po sukcesie, byłoby wskazane), bo zdaje się, że także starali się o spotkanie z naszym skoczkiem.

Rozumiem zmęczenie zawodami, rozbrat z krajem, potrzebę spokoju i odpoczynku, chęć spędzenia czasu i podzielenia się wrażeniami z rodziną. Rozumiem, że sezon trwa i trzeba szykować się do kolejnych zawodów. Ale czy tego nie da się połączyć z poświęceniem kilku godzin na przylot do Warszawy, czy Krakowa, aby przywitać i spotkać się z kibicami, podziękować za doping, wziąć udział w krótkiej konferencji prasowej, czy złożyć wizytę w pałacu prezydenckim? Zrobić to w odpowiednim stylu i z klasą. Nie tylko trzeba umieć zdobyć medal, ale też żyć z tym sukcesem poza skocznią. Szkoda, że nasi skoczkowie nie wylądowali np. w Estonii i nie udali się do domów w ramach treningu hulajnogami, a postawili jednak na samochody.

Orły Górskiego jechały przez miasto

Ten zgrzyt zepsuł trochę radość z sukcesu Stocha w Soczi. Przypomnijmy sobie dla przeciwstawienia jak w przeszłości witali się z kibicami wielcy polscy sportowcy po spektakularnych sukcesach. Słynne są już sceny z powrotu kadry Kazimierza Górskiego z mistrzostw świata w 1974 roku i przejazd odkrytym autokarem przez Warszawę. Owszem, było w tym trochę socjalistycznej pompy pod miłościwie panującą wtedy partię, ale był też entuzjazm kibiców, którzy chcieli zobaczyć z bliska swoich idoli i podziękować im za chwile wzruszeń. W zasadzie po większości wielkich imprez, czy po igrzyskach, czy mistrzostwach świata, polscy bohaterowie wracali do kraju z pompą, spotykając się z kibicami i mediami. Powrót z Soczi podwójnego mistrza skoczni, niestety odbiegał od tej dobrej reguły.

Na dodatek w tym samym czasie Kamil ogłosił, że chce się odciąć od mediów, nie będzie w najbliższych dniach udzielał żadnych wywiadów, poza jednym, dla wybranej stacji telewizyjnej. Trochę jakby powiedział innym mediom, że ma je w nosie. Zgoda, Stoch nie może teraz udzielać co chwilę wywiadów wszystkim chętnym, bo nie miałby czasu na trening, starty i życie prywatne. Jednak zupełne odcięcie się od mediów jest w świecie show-biznesu, jakim przecież jest sport, mało poważne. Przecież sportowcy zarabiają ogromne pieniądze, otrzymują premie za wyniki, podpisują gigantyczne kontrakty reklamowe, dzięki temu, że chcą ich oglądać kibice i pokazują ich, nagłaśniają ich starty – media, że pojawiają się sponsorzy. Oprócz brania pieniędzy, są więc też obowiązki i jeśli nawet są one czasami męczące, skoro wchodzi się w tę karuzelę, trzeba się z nich wywiązywać.

W przypadku Kamila i skoczków to pierwszy taki zgrzyt, więc mam nadzieję, że więcej powodów do narzekania nie będzie. Jednak cały ten powyższy wywód nie odnosi się tylko do Stocha, ale do wielu polskich sportowców lekceważących dziennikarzy, a więc i fanów, którzy nie mogą ich wysłuchać. Jeśli wchodzi się w świat wielkiego sportu, ogromnych pieniędzy, zleceń reklamowych – które zawdzięcza się kibicom i mediom – to trzeba też być do dyspozycji tych mediów i kibiców. Tymczasem umówienie się na wywiad z np. Kubicą, czy z Janowiczem, graniczy z cudem. Małostkowe podejście, bo jest wiele gwiazd światowego sportu, znacznie od nich popularniejszych i mających dużo większe osiągnięcia, które potrafią w profesjonalny sposób współpracować z mediami, nawet w nerwowych chwilach, czy momentach zmęczenia i zapracowania, rozmawiać z dziennikarzami.

Zarobki listonosza dla piłkarza milczka

Jest w polskiej lidze piłkarz Radosław Sobolewski, który od wielu lat nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Pan Piłkarz nie ma życzenia i już, a kolejne kluby nie są w stanie, albo nie chcą (przecież wystarczy to wpisać do kontraktu jako obowiązek piłkarza), na nim wymusić profesjonalnego podejścia do zawodu. Dla takich sportowców jak Pan Sobolewski mam propozycję. W porządku, niech grają w piłkę, bo robią to na niezłym (choć bez przesady) poziomie, ale skoro nie chcą obowiązków związanych z tym zawodem, sławą, nie chcą uczestniczyć w show, które przynosi – przede wszystkim dzięki kibicom, sponsorom i mediom – ogromne pieniądze, niech też zarabiają jak ludzie zwykłych zawodów, którzy takich obowiązków, ale i profitów, nie mają.

Niech tacy Sobolewscy zarabiają tyle, co listonosz w ich mieście. Gwarantuję, że następnego dnia po takim ultimatum, zadzwoniliby do pierwszej lepszej redakcji z prośbą o przeprowadzenie z nimi wywiadu (choć zwykle niewiele, niestety, ciekawego mają do powiedzenia)…