Za oknem anomalie pogodowe i polityczne. Przed rokiem zima dokopała nam niczym zwykle niemieccy piłkarze na boisku (jedyna chyba z mocnych reprezentacji, z którą nigdy w historii nie wygraliśmy, a to zły prognostyk przed eliminacjami Euro 2016) - mroźna i śnieżna, trwała do połowy kwietnia. Wydawało się, że takie stare zjawiska jak przedwiośnie są zupełnie wymarłe i zimy przechodzą już niemal od razu w lato. W tym roku zupełnie odwrotnie. Zimy prawie nie ma, a przedwiośnie trwa niemal od grudnia z kilkudniową przerwą na mrozy.

Doczekaliśmy się też prawdziwego piłkarskiego przedwiośnia. Trochę jakby niespostrzeżenie - w cieniu zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi, wyczynów Kamila Stocha, Justyny Kowalczyk i Zbigniewa Bródki - rozpoczęły nam się rozgrywki krajowej ekstrak(l)asy. Słowa "ekstra", "asy" i "klasa" pasują mi w przypadku tej kopaniny jak wół do karety, albo mistrz Polski do Champions League, ale cóż, matki i ojczyzny się nie wybiera. Ta nasza liga, jak i Liga Mistrzów oraz Liga Europy, zaczęły się też w cieniu dramatu na Ukrainie, bo przecież trudno skupić się na kopaniu piłki i spokojnie w pełni angażować w boiskowe emocje, gdy kilkaset kilometrów od nas giną ludzie i nie wiadomo jaka przyszłość czeka wschodnią część Europy.

Trudno też oprzeć się wrażeniu, że reżim Janukowycza był możliwy do obalenia w dużej mierze dzięki… olimpiadzie w Soczi. Putin poprzez sport chciał pokazać światu swoją lepszą, bardziej nowoczesną (imponująca uroczystość otwarcia igrzysk) i przyjazną twarz. Nie mógł więc w trakcie igrzysk (starożytni przecież na ich czas zawieszali wojny) zbrojnie wesprzeć ukraińskiego rządu podczas zamieszek w Kijowie, bo zostałoby to fatalnie odebrane na świecie. Pozbawiony wsparcia Rosji Janukowycz przegrał na Majdanie. Gdyby nie trwały igrzyska w Soczi, wynik byłby zapewne odwrotny. Druga połowa "meczu" niestety właśnie się zaczyna. 

Zmierzch epoki oligarchów

Na Ukrainie i na Krymie to już nie jest zwykłe polityczne przedwiośnie, ale prawdziwa wiosna ludów. Kłopoty ukraińskich oligarchów mogą mieć też wpływ na historię futbolu, a zwłaszcza zbudowane na ich fortunach klubowe potęgi z tamtego regionu. Być może niespokojna sytuacja w kraju miała wpływ na to, że Szachtar Donieck najbogatszego człowieka Ukrainy, króla Donbasu Rinata Achmetowa niespodziewanie przegrał u siebie w Lidze Europy z Viktorią Pilzno. Bo porażek Czernomorca Odessa w Lyonie z Olympique, czy Dnipro w Londynie z Tottenhamem, można było się spodziewać. Nie przegrało jedynie Dynamo Kijów, które zremisowała w Hiszpanii ze znajdującą się na krawędzi bankructwa Valencią.  

Pierwsza przedwiosenna kolejka ligi ukraińskiej została przełożona, a w podczas tego weekendu Szachtar miał grać w Kijowie mecz na szczycie z Dynamem. Smutne, że teraz głównymi arenami, zamiast Donbas Areny, czy Stadionu Olimpijskiego, stały się Majdan i Krym. Najbardziej katastroficzna sytuacja jest w Metaliście Charków, który niedawno liczył się w Europie, w lidze jest tuż za Szachtarem, ale dziś przypomina tonącego "Titanica", z tą różnicą, że orkiestra nie bardzo chce tam grać do końca. Niespełna dwa lata temu, zaledwie 27-letni "biznesmen" Sierhij Kurczenko, kupił klub za 400 milionów dolarów od innego oligarchy z Charkowa Oleksandra Jarosławskiego. Po obaleniu reżimu Janukowycza, Kurczenko nagle zniknął bez śladu (jego majątek podobno też) i zostawił Metalista bez środków na działalność. Zawodnicy od kilku miesięcy nie otrzymują wypłat, trener Miron Markiewicz złożył rezygnację, klub może nie dokończyć rozgrywek, o ile takowe będą się odbywały. A z ligi ukraińskiej został już w tym sezonie wycofany jeden klub - Arsenał Kijów.

Kłopoty finansowe może mieć wkrótce większość klubów ligi ukraińskiej, zwłaszcza, że władze Austrii i Szwajcarii zdecydowały się na zamrożenie kont bankowych wielu ukraińskich oligarchów, związanych z Janukowyczem. Często, przy okazji nieudanych prób wejścia mistrza Polski do Champions League, zazdrośnie porównywaliśmy, popadając w kompleksy, budżety naszych klubów do tych z Ukrainy i Rosji. Dziś widać, że te wschodnie sny o piłkarskiej potędze były trochę jak z piosenki Lady Panku - "Zamki na piasku, gdy pełno w szkle…"

Twierdze, czy szałasy?

Ukraińcy mają (mieli) zamki na piasku, Polacy - bo u nas na szczęście nie ma wiosny ludów, ale tylko piłkarskie przedwiośnie - wzorują się na Stefanie Żeromskim i budują tylko (aż) futbolowe szklane domy. Autor "Przedwiośnia" w swojej wizji szklanych domów widział bogatą, czystą, nowoczesną Polskę. W reprezentacji Polski oraz najlepszych klubach - Legii, Wiśle i Lechu - także mamy różne rodzaje oczyszczenia, odnowy, futurystycznych wizji, budowania potęgi. Oby to były trwałe twierdze, a nie fantasmagorie na wzór tych z naddnieprzańskich stepów, albo zwykłe szałasy.

W Lidze Mistrzów i Bundeslidze niezmiennie Bayern Monachium stara się trawestować słynne zdanie Gary'ego Linekera. Futbol to nadal prosta gra, nadal 22 facetów biega na boisku za jedną piłką, z tą różnicą, że teraz na końcu wygrywa… Bayern. Więc nadal niby na końcu wygrywają Niemcy, ale tylko po części, bo FC Hollywood jest wzmocnione przecież grajkami innych nacji (chociaż przecież kadra Niemiec też nie jest już taka sama i prawdziwych rdzennych Niemców można tam ze świecą szukać - pewien szalony austriacki malarz pewnie z tego powodu nie byłby przesadnie szczęśliwy, ale lepsze takie Niemcy niż te z jego wizji).

"Wind of change" na Legii?

Legia Warszawa trochę chce robić za polski Bayern Monachium i też od pewnego czasu wygrywa na wszystkich (krajowych) frontach. Trudno jednak nie zauważyć, że to jest jednak niestety tylko dość tandetna podróbka tej bawarskiej maszyny, taki papierowy tygrys, który rządzi i straszy na własnym podwórku, ale w Europie pozbawiony jest pazurów. W Legii ten zimowo-wiosenny czas, to czas zmian. "Wind of Change" - jak śpiewali muzycy z zespołu Scorpions, wielcy futbolowi kibice i przyjaciele Dariusza Tygrysa Michalczewskiego. Co ten wiatr zmian przyniesie na Łazienkowską? Czy jest to wschodni wiatr? Piosenka Scorpionsów zaczynała się słowami: "I follow the Moskwa, down to Gorky Park, listening to the wind of change…" (Idę wzdłuż Moskwy, do Parku Gorkiego, wsłuchując się w wiatr zmian). A jak wieść gminna niesie zakupem Legii zainteresowany jest właśnie kapitał rosyjski - plotki mówią o koncernie Łukoil, ale wcześniej pojawiały się też pogłoski o rzekomym zainteresowaniu warszawskim klubem arabskich szejków. Dobrze, że nie Eskimosi, bo podobno forsy mają jak… lodu.

Tak, czy inaczej, ciągle to menedżerskie przejęcie Legii przez prezesa Bogusława Leśnodorskiego i Dariusza Mioduskiego z rady nadzorczej, wzbudza emocje, niepewność, domysły i plotki. Mimo zaprzeczeń, wiele wskazuje na to, że może to być tylko czasowe przejęcie Legii, które ma prowadzić do sprzedaży klubu lub jakiegoś pakietu udziałów, silniejszemu kapitałowi. Obu biznesmenów próżno bowiem – w przeciwieństwie do innych milionerów znanych z ekstraklasy: Solorza, Cupiała, Waltera, Wejchertów, Wojciechowskiego, Rutkowskiego, Drzymały, Ptaka, Klickiego - szukać w pierwszej setce najbogatszych Polaków (swoją listę opublikował właśnie "Forbes"), a nawet w setce drugiej. Budzi to lekkie obawy o przyszłość Legii i jej możliwości inwestycyjne. Oby w pewnym momencie nie zaburzyła się płynność finansowa, jak w wielu klubach…  

Na koniec roku będzie wiadomo - bo na razie jest to utajnione - za ile Mioduski (80 proc. udziałów) i Leśnodorski (20 proc.) kupili Legię, bo wówczas koncern ITI będzie musiał przedstawić to akcjonariuszom. Z dobrych źródeł słyszałem, że zapłacili około 70 milionów złotych, a kolejne kilkadziesiąt milionów muszą spłacić w ratach w ramach długo Legii wobec ITI. Znaczna część tego długo została jednak umorzona, bo wynosił on ponad 200 mln zł. Na takiej transakcji można nieźle zarobić. Bo Legia już dziś sama bilansuje swój budżet (gdy w roku jest kilka dobrych transferów), a gdy spłaci się długi, to klub z takimi tradycjami, potencjałem, znakomitymi kibicami (poza tymi pirotechnikami od rac), nowym stadionem, można sprzedać ze znacznym przebiciem. Czyli na przykład zarobić 50 mln zł i jeszcze zostawić sobie jakąś część udziałów, by nie rozstawać się z ulubioną zabawką. Trzeba tylko umieć kupić za odpowiednią cenę.

Berg, czyli to nie idzie młodość

Przyszłość Legii w kontekście jej właścicieli, to na dziś wizje o szklanych domach. A na boisku? Trener Henning Berg wprowadza szkołę norweską (kojarzy się Polakom źle, bo z Marit Bjoergen i innymi astmatykami) i brytyjską (kojarzy się znacznie lepiej, bo z Manchesterm United i Sir Aleksem Fergusonem, u którego terminował Berg). Wygląda mi to znacznie bardziej profesjonalnie niż za czasów Jana Urbana i mam wrażenie, że Legia pod każdym względem zrobi pod banderą Berga krok w przód, choć z obecnymi finansami, impotencją transferową polskich klubów, skok na wyższą europejską półkę jest niemal niemożliwy.

Gorsze czasy przyszły za to dla młodzieży z Łazienkowskiej. Próżno jej szukać w podstawowym składzie Legii. Trener Berg w jednym z wywiadów oświadczył ostatnio, że "młody nie będzie grał dlatego, że jest młody". Generalnie ma rację. Decydować powinny umiejętności, a nie wiek. Jeśli natomiast taki Vrdoljak jest na podobnym poziomie co Łukasik, to dla dobra polskiej piłki lepiej jednak byłoby, aby grał i rozwijał się Łukasik, zwłaszcza, że Chorwat prochu tu nie wymyśli. A jak w ataku ma straszyć (posturą) Dwaliszwili, to już lepiej, aby na szpicy grali Kucharczyk, albo Efir, bo Mikita to jednak przesada. Inna sprawa, że tych młodych zdolnych niewielu już na Łazienkowskiej zostało. W ostatnich latach sprzedano Rybusa, Borysiuka, Komorowskiego, Jędrzejczyka, Wolskiego, Furmana. Ta studnia też ma swoje dno. I jak tych piłkarzy do sprzedania za kilka milionów euro zabraknie, to klubu nie będzie tak łatwo na bieżąco finansować.

Nawałka - ze skrajności w skrajność

Podobne podejście do Berga zaczyna w kadrze mieć Adama Nawałka. Po tym jak jesienią zastrzelił nas kilkunastoma debiutantami na mecze ze Słowacją i Irlandią i okazało się, że był to niewypał, całkowicie zmienił front. Zrozumiał w końcu – oczywistą dla wszystkich poza nim oczywistość – że piłkarze Górnika Zabrze jednak nie są lepsi od Polaków grających w ligach zagranicznych. Tyle tylko, że mam wrażenie iż Nawałka popada ze skrajności w skrajność. Na środowy mecz ze Szkocją na Stadionie Narodowym przywrócił już nie tylko spektakularnie pominiętego jesienią Glika, ale także wszystkich świętych – Obraniaka, Polańskiego, Peszkę, Fabiańskiego, Komorowskiego. Tylko patrzeć jak do kadry wrócą Perquis i Boenisch, a wtedy – wbrew obowiązującym do niedawna w PZPN trendom - będzie można zakrzyknąć: wszystkie farbowane lisy na pokład.

Po pierwsze wynika z tego, że podczas tych wcześniejszych eksperymentów Nawałka prawie nikogo nie wyselekcjonował, może poza Pazdanem, Wiluszem, Masłowskim i Lewczukiem, ale oni zapewne usiądą na ławce lub na trybunach. Trochę mam też wrażenie, że Nawałka już w towarzyskich meczach chce grać o wynik i stawia na doświadczenie, a nie młodzież, bo jego pozycja po pierwszych spotkaniach nie jest zbyt mocna. Niepotrzebnie, bo Engel przecież przegrywał na początku wszystko co było do przegrania, kadra przez kilkaset minut nie mogła strzelić gola, a później wygrał w cuglach i dobrym stylu eliminacje mundialu.

Nie zmarnujmy Zielińskiego i Wolskiego

Martwi mnie jednak jedna sprawa. Nawałka przed meczem ze Szkocją kompletnie odstrzelił młodych zdolnych wilków, na których z niezłym skutkiem stawiał podczas swojej pracy z kadrą Waldemar Fornalik. Nie powołał ani Piotra Zielińskiego, ani Pawła Wszołka (gra ostatnio w Serie A, a to jednak inny poziom niż Zawisza Bydgoszcz Masłowskiego), ani Rafała Wolskiego (strzelił niedawno gola dla Fiorentiny, ma potencjał i warto byłoby mu się przyjrzeć), ani Bartłomieja Pawłowskiego. Nawet pupilek selekcjonera Marcin Kamiński wrócił do młodzieżówki (Glik jest jednak lepszy jak się okazuje). Nie zdziwiłbym się, gdyby w takim składzie kadra U-21 wygrała z reprezentacją seniorów.

Być może takie a nie inne powołania Nawałki i Dorny to efekt wewnętrznych ustaleń w PZPN, by nie osłabiać młodzieżówki, która walczy o awans do finałów mistrzostw Europy i igrzysk w Rio de Janeiro. Jednak następny mecz z Grecją jest dopiero we wrześniu, więc chyba za wcześnie na ustalanie takich priorytetów. Poza tym chyba jednak drużyna narodowa, przed którą eliminacje Euro 2016, jest ważniejsza niż młodzieżówka.

Zawsze broniłem Ludovica Obraniaka, gdy w brzydki sposób wyrzucano go z kadry, ale tym razem jego powrót może zahamować nam talenty Zielińskiego i Wolskiego, którzy grają na tej samej pozycji, ofensywnego środkowego pomocnika (chyba, że Ludo zagra na lewej pomocy). A jak grać nie będą, ani w klubie, ani w  kadrze, to się nie rozwiną. To nie grzyby, że rosną od deszczu i słońca.

Kadra na powrót z Obraniakiem to też takie trochę szklane domy, idealistyczne wizje. Ludovic już mówi w wywiadach o zakopaniu topora wojennego z Kubą Błaszczykowskim (czyli jednak okazuje się, że topór był, choć wszyscy zaprzeczali). Brakuje jeszcze tylko tego, by francuski Polak przed meczem ze Szkocją w świetle kamer strzelił misia z prezesem PZPN Zbigniewem Bońkiem, który jak wiemy do zagorzałych admiratorów talentu i osobowości Obraniaka nigdy nie należał…

Frankowski do Wisły?

Przyszła więc moda na piłkarskich "emerytów" w polskiej piłce, której nie zapoczątkowali jednak ani Berg, ani Nawałka, ale ten, który rzadko ostatnio wyznaczał trendy (chyba, że lingwistyczne, albo w kwestii budowy szatni) – Franciszek Smuda. Zebrał już w Wiśle i braci Brożków i Stilicia i Dudkę, a ma przecież na pokładzie Głowackiego, czy Gargułę. Szkoda, że Sobolewski odszedł do Zabrza i nie ma już Kosowskiego. Słyszałem żarty, że Franz rozmyśla nad złożeniem propozycji Frankowskiemu i Żurawskiemu. U Smudy więc nie ma żadnych szklanych domów, ale obowiązuje stara maksyma, że nie przesadza się starych drzew (dlatego Pawłowi Brożkowi nie poszło za granicą), choć wchodzi się dwa razy (a nawet trzy) do tej samej rzeki, a zwłaszcza Wisły…

Rumak płynie pod prąd

Pod prąd jak zwykle płynie Mariusz Rumak. Ten pozbył się z Lecha Poznań starych repów i chwali się w wywiadzie dla Polsatsport.pl, że w jakimś meczu na boisko miał wszystkich piłkarzy poniżej trzydziestki. Trend fajny, byleby wyniki były, bo choć Rumak to zdolny trener i zdobył z posklejanym Kolejorzem wicemistrzostwo Polski, to później było gorzej i zaliczył kilka mega kompromitacji i w europejskich pucharach i na polskich boiskach (ostatnio złośliwie i żartobliwie po meczu z Pogonią wysłałem kolegom z Poznania nazwy preparatów do odrobaczania koni).

Rumak może mieć w Poznaniu albo duże problemy i szybko wylecieć z hukiem, spadając z wysokiego konia, albo zbudować sobie na lata bardzo mocną pozycję. Zadarł bowiem z piłkarzami i to na dodatek ze starszyzną, a to zwykle trenerom nie uchodzi płazem i to tym z dużo większymi nazwiskami, doświadczeniem i wynikami niż w przypadku Rumaka. Nie kto inny jak klasyk Franz Smuda, zwykł przecież dosadnie mawiać: "Każda drużyna to banda, a każdy piłkarz to k…" Wyrzucenie z drużyny zawodników o takiej pozycji w Lechu jak Rafał Murawski i Bartosz Ślusarski to akt i odwagi i desperacji. Zespół potrzebował chyba wstrząsu, bo mam nadzieję, że trener nie pomagał przy okazji działaczom w rozwiązaniu kontraktów (bądź wymuszeniu nowych znacznie niższych umów) z najlepiej zarabiającymi piłkarzami (Arboleda, nr 1 pod względem zarobków w polskiej lidze, też ma ostatnio w Lechu słabszą pozycję).

Rumak stąpa jednak po kruchym lodzie. Czy po takich ruchach piłkarze będą chcieli grać dla niego i zostawiać zdrowie na boisku, czy raczej zagra zawodowa solidarność i lojalność? W dniu meczu Lecha z Pogonią przeczytałem, że akurat uzgodniono rozwiązanie kontraktu z Murawskim, a Ślusarski szuka klubu w pierwszej (czyli drugiej) lidze. Lampka mi się zapaliła – czy ich koledzy przełkną tę zniewagę bez szemrania? Sprawdzam wieczorem wynik meczu - 5:1 dla Pogoni i Robak show. Przypadkowa zbieżność myśli i wyników. Ale jeżeli Rumak przetrwa, to będzie kozakiem i będzie mocny na Bułgarskiej na lata. To co robi to już naprawdę szklane domy i czyszczenie stajni. Tyle, że u Żeromskiego w "Przedwiośniu" te wizje o szklanych domach, które roztaczał przed synem Cezarym Seweryn Baryka, okazały się mrzonkami.

Warto też pamiętać, że nawet Jose Mourinho, który wcześniej miał wybitne wyniki w kilku wielkich klubach, niezwykłą charyzmę i osobowość, który uważany był za arcytwardziela, gdy popadł w Realu w konflikt z najważniejszymi piłkarzami, Ikerem Casillasem i Cristiano Ronaldo, musiał polec. Nie zdobył w ostatnim sezonie z Realem nic i musiał z podkulonym ogonem wynosić się z Madrytu. Szatnia (wg Smudy banda), nie wybacza. Nieprawdaż, Panie Rumak?  Ale kibicuję Panu…