Po pierwsze: jeśli traciliśmy piłkę, od razu zakładaliśmy wysoki pressing, a obrona wychodziła do przodu, nawiązując kontakt z pozostałymi liniami. Mam jednak małe zastrzeżenie: według mnie w tym pressingu uczestniczyło zbyt wielu zawodników, wskutek czego znaczna część boiska pozostawała odkryta. No i niestety, wkrótce podchodziliśmy do tego zbyt rutynowo, można powiedzieć – niedbale.

Gordon Strachan pierwszą połowę potraktował jako rozeznanie. Wszak jego początkowe ustawienie 4-4-2 niespecjalnie zagrażało naszej reprezentacji. Pierwsze wnioski Szkoci wyciągnęli około 40. minuty – Strachan w końcu zauważył, że ta nasza lewa strona jest jednak troszkę słabsza. Objawiło się to w dość groźnej sytuacji, w której uratował nas błąd szkockiego napastnika.

Natomiast co do naszej ofensywy. Według mnie, wyjście tylko jednym defensywnym pomocnikiem Grzegorzem Krychowiakiem i wspomagającym go Mateuszem Klichem, spowodowało w ataku pewien bałagan. Ludovic Obraniak powinien grać tuż za Arkadiuszem Milikiem, tak jak w wielu meczach robił to Klich, ale którego – na nieszczęście Obraniaka – ten nawyk wczoraj nie opuścił. I tak powstało jedno wielkie zamieszanie.

Ładnie z kolei wyglądało utrzymywanie się przy piłce. Często jednak zamiast jednym podaniem uruchomić kolegę z przodu, zwracaliśmy futbolówkę defensorom i dalej nabijaliśmy posiadanie. Nasi zawodnicy starali się przenosić ciężar gry, czasem też zdarzały się podania krosowe. To wszystko jednak opóźniało akcję. Przeciwnik był na to przygotowany.

Nie lubię krytykować wyborów personalnych, ale lewa obrona na pewno nie była naszym najmocniejszym ogniwem. Bardzo szybki Ikechi Anya, który najpierw szachował Łukaszem Piszczkiem, po przerwie został przesunięty na drugie skrzydło. Ponadto Strachan zmienił ustawienie na bardziej ofensywne 4-2-3-1 i wystawił do gry Darrena Fletchera oraz Charliego Adamsa. Konsekwencją tych ruchów była oczywiście bramka, przy której kluczowe podanie zanotował właśnie Ikechi Anya. Gordon Strachan po prostu nas rozczytał.

Uważam również, że Adam Nawałka przeprowadził zmiany nieco za późno. Oczywiście cenię sobie Brzyskiego i Sobotę, ale – delikatnie mówiąc – obaj nie byli wczoraj w szczytowej formie. Wcześniejsze zmiany mogłyby wzmocnić drużynę i być może nawet uchronić ją od straty bramki. Roszady w doliczonym czasie gry przy stanie 0:1 nie mają jednak najmniejszego sensu.

Konkludując: nie można wygrać spotkania z defensywnie grającym rywalem, nie wykorzystując dryblingu. Samymi podaniami o zwycięstwa bardzo trudno. A szczerze nie wiem czy utrzymywanie się przy piłce możemy traktować jako nasz główny atut. Nie chciałbym być złośliwy, ale Barceloną lub Bayernem, to my jeszcze nie jesteśmy…