Lawinę zdumiewających propozycji rozpoczął wniosek klubów żeńskiej Superligi, które na kilka tygodni przed zakończeniem sezonu uznały, że jednak nie podoba im się to, że od nowego sezonu w najwyższej klasie rozgrywkowej ma grać dziesięć drużyn. Działacze chcą, by zostało po staremu, czyli dwanaście zespołów.

Skoro u kobiet nikt nie spada...

Innymi słowy: działacze chcą, by nikt w tym sezonie z ligi nie spadł. Efekt proponowanych i niemal pewnych już zmian będzie bowiem taki, że ostatni zespół Superligi zamiast spadku czekają jedynie baraże z wicemistrzem I ligi. Baraże, które z uwagi na różnicę poziomów między ligami, ekipa z wyższej klasy zapewne wygra.

Cała walka o uniknięcie gry w fazie play-out okazuje się więc nieważna, a zaplanowane na kwiecień mecze między zespołami z miejsc 9-11 - niepotrzebne. Kibicom funduje się spektakl w rodzaju amerykańskiego wrestlingu, w którym scenariusz powstaje gdzie indziej, nie na arenie walki, a przede wszystkim - kiedy indziej, bo dużo wcześniej.

I właśnie to jest w tych zmianach najgorsze: nie sama ich istota, ale czas wprowadzania. Znam i rozumiem argumenty za powiększeniem ligi, z tym najbardziej ważkim na czele: dla niektórych klubów spadek z Superligi mógłby oznaczać po prostu koniec istnienia. Ale nic nie usprawiedliwia wprowadzania zmian w regulaminie rozgrywek już na ich finiszu. Takie rozgrywki stają się mało wiarygodne, mało poważne.

... to i u mężczyzn też nie

Tym trudniej odnaleźć drogi (bezdroża?), którymi podążały myśli działaczy klubów grających w Superlidze mężczyzn. Najwyraźniej zainspirowani przykładem rozgrywek kobiecych postanowili ligę powiększyć do czternastu!! To nie jest jeszcze informacja oficjalna, ale zapewniam - absolutnie sprawdzona. Czyli znowu: nikt nie spada, wchodzi Śląsk i Wybrzeże (ewentualnie Nielba) i bawimy się dalej. Hulaj dusza, piekła nie ma.

Wszystko wskazuje na to, że ostatnie mecze drużyn z dolnej połowy tabeli, którymi tak się emocjonowali kibice w Polsce - choćby starcia Kwidzyna z Lubinem czy Opola z Piotrkowem - nie miały żadnego znaczenia. Możemy się nie utrzymać? No to powiększymy ligę do czternastu. A w razie czego, za rok, do szesnastu. Zawsze znajdzie się kilku chętnych do wypowiedzenia nieśmiertelnej formułki o czterdziestomilionowym kraju, o nowych halach, o coraz wyższym poziomie rozgrywek...

Powtórzmy: można dyskutować o powiększeniu ligi, można ją nawet powiększyć, ale nie tuż przed rozpoczęciem walki o utrzymanie! Bo wtedy całą tę walkę zamienia się w farsę.

Analogia do piłki nożnej jest fałszywa

Nieco inaczej rzecz ma się z przygotowywaną reformą Ligi Mistrzów. Tutaj harmonogram prac jest w porządku, ale ich efekty - przerażające. W największym skrócie: od sezonu 2015/16 w Lidze Mistrzów ma grać aż 28 zespołów. Więcej drużyn, więcej meczów, więcej emocji. Brzmi świetnie, ale wystarczył jeden punkt, by cały plan uczynić absurdalnym. Otóż w nowej Lidze Mistrzów tylko dwie najsilniejsze federacje będą miały dwa miejsca; pozostałe - po jednym.

To oznacza, że nie zobaczymy w najbardziej prestiżowych europejskich rozgrywkach wicemistrza Francji, Węgier, Polski, nie zobaczymy trzeciego zespołu Bundesligi, za to najprawdopodobniej uraczeni zostaniemy występami mistrza Turcji, Grecji, Izraela... Litości!

Tego rozwiązania nie da się obronić w żaden sposób; analogia do futbolu nie zadziała. Bo szerzej otwierając drzwi do Champions League UEFA zaprosiła do rozgrywek kluby może sportowo słabsze, ale za to z krajów, gdzie piłka nożna jest bardzo popularna, a kibiców liczy się w milionach. W przypadku ręcznej tak, niestety, nie jest. Starcie mistrza Grecji z najlepszą ekipą Luksemburga będzie widowiskiem nie tylko marnym, ale i takim, którym pies z kulawą nogą się nie zainteresuje.

Wyrzućmy HSV, weźmy Besiktas i będzie fantastycznie


Sprowadźmy to na poziom konkretnych klubów. Ktoś wymyślił, że uatrakcyjni Ligę Mistrzów, jeśli wyrzuci z niej, przykładowo, HSV, Flensburg, Nantes, Montpellier, Pick Szeged, Wisłę Płock a zaprosi Maccabi Tel Aviv, Red Boys Differdange, Besiktas, Diomidis Argos. Podcina się skrzydła ludziom, którzy z zapałem tworzą kluby formatu europejskiego, a wyciąga się rękę do tych, którzy w ogóle na taki gest nie czekają. Niebywałe. I wyjątkowo głupie.

Jeden tylko element reformy Ligi Mistrzów napawa umiarkowanym optymizmem. Te zmiany mają wejść dopiero za rok. Wierzę, że przez te miesiące działacze z Montpellier, Płocka, Skopje, Szegedu wytłumaczą komu trzeba, że ta reforma to kretynizm czystej wody. I przynajmniej w Champions League uda się postawić tamę temu obłędowi. Bo w naszych Superligach pędu do powiększania już się chyba nie zatrzyma.