Amerykanin z Kalifornii w wieku 43 lat znokautował właśnie Mauricio Ruę i został drugim najstarszym zawodnikiem w UFC, który wygrał w ten sposób. Do tego to był rewanż za wygraną sprzed dwóch i pół roku, a obecny pojedynek w Brazylii, podobnie jak poprzedni, został uznany za walkę wieczoru, „Hendo” dostał także dodatkowy bonus za nokaut. Dobre osiągnięcia jak na staruszka.

Był zapaśnikiem, niezłym, ale nie najlepszym. Podczas igrzysk olimpijskich w Atlancie gdy Polacy zdobywali worek medali zajął ledwie 12-te miejsce, cztery lata wcześniej w Barcelonie był 10-ty. Lepiej wiodło mu się w igrzyskach panamerykańskich, ale to nie zaspokoiło jego ambicji i za namową kolegi z zapaśniczej reprezentacji Stanów Zjednoczonych wybrał wszechstylową walkę wręcz. Walczył i to z powodzeniem w UFC 17 i wygrał ten turniej, ale skuszony lepszymi zarobkami przeniósł się na Daleki Wschód. W Japonii był autentyczną gwiazdą organizacji Rings i Pride. W tej ostatniej, po zwycięstwie nad Murillo Bustamante, zdobył mistrzowski pas wagi półśredniej. Wrócił do UFC i powalił Michaela Bispinga ciosem, który zasłużył na miano nokautu roku. I znów pokłócił się z Daną Whitem więc ruszył do Strikeforce. Tam zdobył mistrzostwo wagi półciężkiej, ale zaraz zwakował je, by upokorzyć w ciężkiej legendarnego Fiodora Jemieljanienkę.

Zabrakło Pride i Strikeforce, Hendersonowi pozostało UFC. Po pierwszym zwycięstwie nad „Shogunem” miał walczyć o mistrzostwo wagi półciężkiej z Jonem Jonesem, ale doznał kontuzji i gala z numerem 151 została odwołana. Przegrał trzy następne pojedynki i gdy wydawało się, że nic już nie osiągnie znokautował Ruę łąmiąc mu nos i nadzieje. 24 sierpnia będzie miał 44 lata, tyle ile miał Randy Couture w chwili, gdy na UFC 74 posłał na deski Gabriela Gonzagę. Krzepki staruszek. Tylko nie wiadomo ile z tej mocy zawdzięcza kuracji testosteronowej.