Niespodziewana porażka Jerzego Janowicza w piątkowym meczu z 17-letnim Chorwatem Borną Coriciem (289 ATP) potwierdziła, że najlepszy polski tenisista tej wiosny wciąż nie przypomina półfinalisty Wimbledonu. A przecież mecz daviscupowy na Torwarze – w hali i na szybkiej nawierzchni wybranej na prośbę Janowicza - miał być dla niego trampoliną przed rozpoczynającym się wkrótce sezonem na ziemnych kortach.

Po wymęczeniu przez Fyrstenberga i Matkowskiego cennego punktu w sobotnim meczu deblowym z młodą chorwacką parą Draganja-Pavić, w niedzielę w samo południe zapowiadał się szlagierowy afisz: Jerzy Janowicz – Marin Cilić, starcie liderów dwóch zespołów. Zgodnie z planem mieliśmy grać przy stanie 2:1 dla Polski, tak by Janowicz mógł dać decydujący punkt polskiej drużynie. Ale stało się inaczej, za sprawą sensacyjnej porażki naszego asa z uzdolnionym chorwackim juniorem, który przedtem nie wygrał meczu z tenisistą z pierwszej dwusetki rankingu ATP.

W niedzielnym spotkaniu z Cilicem, pomimo porażki, Janowicz wypadł już o wiele lepiej. Prowadził grę, był skoncentrowany, dobrze serwował i przez pierwsze trzy sety kontrolował przebieg meczu. Fantastyczna była końcówka drugiego seta, gdy wygrał tie - break, choć rywal prowadził już 5:1. Na parę chwil powróciła wiara, że Janowicz ma potencjał, by kiedyś być tenisistą pierwszej dziesiątki światowego rankingu. Ale trudy piątkowej pięciosetówki dały o sobie znać w secie czwartym, przegranym już gładko 1:6. Nadzieje kibiców przetrwały do stanu 3:3 w secie piątym, kiedy to Cilić przełamał serwis Polaka. To był decydujący cios, po którym Janowicz się już nie podniósł.

Polska przegrała tym samym ważny mecz o awans do wrześniowych baraży o Grupę Światową Pucharu Davisa. Porażka jest przykra, bo Chorwacja przyjechała do Warszawy osłabiona, bez dwóch asów Ivana Dodiga i Ivo Karlovicia. Gra w elicie światowego tenisa wydaje się na razie nieosiągalna.

Wydaje się też , że wyczerpała się formuła drużyny z kapitanem Radosławem Szymanikiem, który w meczu Janowicza z Coriciem nie potrafił zaproponować swojemu graczowi planu B, w momencie gdy sprawy nie układały się po naszej myśli. W porównaniu do Chorwatów i ich charyzmatycznego kapitana Zeljko Krajana, ławka polskich tenisistów emanowała chłodem, była bezbarwna.

O zachowaniu polskiego tenisisty na konferencjach prasowych, tej piątkowej podczas której nazwał mnie pseudoprzyjacielem i tej niedzielnej, na którą się już nie wybrałem, nie mam ochoty pisać – brak mi słów. Szeroko się o tym zresztą rozpisały portale. Potwierdza się teza, którą zawarłem w zeszłorocznym tekście ‘’Kto się boi Jerzego Janowicza?’’(26 marca 2013 na stronie Polsatsport.pl). Minął rok, a Janowicz jest wciąż niedojrzałym, rozpieszczonym przez rodziców chłopcem, który nie potrafi dokonać samooceny, nabrać do siebie dystansu. Nie potrafi przegrać z godnością. Jego agresja kryje strach, niepewność. Pamiętam wywiad w „Gazecie Wyborczej”, w którym zdradził, że jego ulubiona gra komputerowa to strzelanie z kałasznikowa. No i strzelił sobie w stopę. Zraził do siebie wielu życzliwych mu ludzi i zrujnował swój wizerunek.