Bez presji - tej ze strony kibiców, ale i tej od rywala - łatwo wpaść w samozadowolenie, że tytuł krajowy to cel maksymalny, który w dodatku należy się z urzędu. Wiem, jak na takie i podobne tezy zżymają się kibice piłkarscy spoza Warszawy. Muszą jednak przyznać, że Legia osiągnęła nad resztą ligi przewagę sportową i organizacyjną, jakiej nie pamiętamy od lat. Rywalom nie pomogło nawet dzielenie punktów po fazie zasadniczej, rywale sami siebie pozbawili szans na skuteczną pogoń za mistrzem.

Wystarczy się bić?

Fakty są druzgocące dla reszty ligi, która zdradza w zapowiedziach swoje aspiracje: sportowo Legię od pozostałych dzieli przepaść, może Wisła Kraków na początku działalności Bogusława Cupiała była takim samym ligowym dominantem. Poza przywództwo na własnym podwórku Wisła jednak nie wyszła, bo niestety górę wzięło niezdecydowanie, chimeryczność i niezbyt szczere w swoich intencjach grono doradców właściciela klubu. Zabrakło też szczęścia, bo nie wiadomo, gdzie dziś byłby klub z Krakowa, gdyby powiodła się przeprawa z Panathinaikosem Ateny.

Jak będzie z Legią? To, że sięgnie po kolejny tytuł mistrza, jest absolutnie pewne. Nie zdarzyło się i nie zdarzy pewnie, by nie zdobyć jednego punktu w trzech spotkaniach, kiedy trofeum ma się podane na tacy. Pytanie jednak, co dalej.
Z wywiadów, jakich udzielają szefowie klubu, wynika, że sytuacja finansowa jest więcej niż stabilna. Choć na futbolu w Polsce mało kto zarobił, klub nie boryka się z deficytem, jego budżet rośnie z każdym sezonem i to bez konieczności hurtowych wyprzedaży najwartościowszych piłkarzy. Jeśli kluczowi zawodnicy odchodzą, w ich miejsce sprowadzani są rokujący obcokrajowcy z perspektywą sprzedaży ich za kilka sezonów za sumy kilkukrotnie wyższe (Ondrej Duda). Gotowi zasilić pierwszą drużynę są też liczni wychowankowie Akademii. Kwestią pozostaje jednak, czy to wystarczy, by wreszcie bić się skutecznie o Ligę Mistrzów.

Ligomistrzowy awans

Właśnie Liga Mistrzów, a nie dająca kolejny finansowy zastrzyk Liga Europejska, powinna być kolejnym celem Legii. Nawet jeśli z jakichś powodów znów nierealnym (brak rozstawienia, a co za tym idzie silny rywal), sprawę trzeba stawiać jasno. Kibice, piłkarze, cały nasz futbol żądny jest deklaracji, a nie zostawiania sprawy przypadkowi w myśl zasady „a nuż się uda”. Nawet jeśli ceną za to miałoby być notoryczne wytykanie mistrzowi, że rządzić potrafi jedynie we własnej zagrodzie.

Nie mnie pouczać ludzi biznesu, którzy Legią kierują, ale pamiętam powściągliwe plany działaczy z Łazienkowskiej na sezon 2013/2014. Z umiarem mówili wówczas o ligomistrzowym awansie, nie chcieli zawieść nadziei swoich i kibiców. Po zdobyciu drugiego mistrzostwa nie mają wyjścia - muszą mówić o planowanym awansie otwartym tekstem.

Brak powodzenia w tej misji nie byłoby dla Legii sprawą rujnującą jej sen o potędze, ale na pewno osłabiającą aspiracje. Gorsze wiadomości mogą jednak napłynąć z rodzimych rozgrywek, jeśli warszawiacy nie doczekają się zdeterminowanego i mocnego rywala zdolnego zagrażać im do samego końca rozgrywek. Mówiąc wprost, Legia potrzebuje bata na grzbiet. Dzięki temu zyska cała nasza piłka.