Japończyk dyktując karnego z „kapelusza” był znakomicie ustawiony ale ani przez moment się nie zawahał. Był tak zdeterminowany, aby wskazać na wapno, jakby tylko czekał na dogodny do tego moment. Pamiętacie słynny tekst głównego bohatera „ Chłopaki nie płaczą” granego przez Cezarego Pazurę? „Chcieliście wyd... Freda to teraz Fred wyd... was!” Zbieg nazwisk - prawda - ale gangster z filmu Olafa Lubaszenki, nie potrzebował do realizacji swojego niecnego planu niczyjej pomocy. Co innego piłkarz Fred. Chorwaccy obrońcy zupełnie wyłączyli go z gry. Aż pomocną dłoń wyciągnął do niego Nishimura. Także przy trzecim golu (tu szacunek dla Oscara, że uderzył to „dużym palcem”) powinien był przerwać akcję Brazylijczyków i odgwizdać rzut wolny dla Chorwatów. Telewizyjne powtórki nie pozostawiły cienia wątpliwości, co do fatalnych w skutkach pomyłek Japończyka.

Rozumiem, że gospodarzom zawsze pomagają ściany. Ale takiej ekipie jaką zebrał Luiz Felipe Scolari taka pomoc po prostu nie przystoi . Tym bardziej, że odbyło się to na oczach całego futbolowego świata. I ten świat z pewnością by się nie zawalił, gdyby na inaugurację Brazylijczycy tylko zremisowali. Dlatego niesamowicie żal mi ekipy Niko Kovaća. Bo nie przestraszyli się gospodarza imprezy, wielkiej Brazylii, głównego kandydata do złotej Nike. Wyszli na murawę jak po swoje, z jasno nakreślonym planem. Grając z kontry pierwsi stworzyli w tym meczu dwie dogodne sytuacje, drugą zamieniając na gola. Kontry, które były zabójcze, na które patrzyło się z przyjemnością i podziwem.

Dlatego momentami ten mecz zacząłem oglądać przez pryzmat kadry Adama Nawałki a dokładniej jesiennego eliminacyjnego meczu z Niemcami. Jeżeli nasz selekcjoner widział jak szybko po przechwycie trzema, czterema piłkarzami Chorwaci potrafili przedostać się pod bramkę Canarinhos, musiał zazdrościć Kovaćowi. Bo przecież my właśnie tak z kontry mamy zagrać w Warszawie z ekipą Joachima Loewa. Ofensywna taktyka, którą Nawałką szlifwał w Gdańsku, ma przynieść nam punkty we meczach z Gibraltarem i Szkocją. Z Niemcami mamy zagrać jak Chorwaci z Brazylią. Problem w tym, że Chorwacją nie jesteśmy a jakość naszych kontr, a przede wszystkim reakcja niektórych piłkarzy po przechwycie piłki, pozostawia wiele do życzenia. A przecież w składzie Kovaća zabrakło prawdziwego żądła Mario Mandżukicia. Jak my wyglądamy bez naszego asa – Roberta Lewandowskiego, przekonaliśmy się w Hamburgu.

Ale może te mistrzostwa natkną naszych piłkarzy do refleksji, że wychodząc na murawę nie trzeba się specjalnie bać, przejmować, powtarzać jak mantrę, że „to są przecież Niemcy, z którymi nigdy nie wygraliśmy”. Może warto zapamiętać ten inauguracyjny mecz i pewnie kolejne, gdzie wielki faworyt wcale nie musi mieć „z górki”. Owszem Chorwaci wczoraj polegli, ale załatwił im to japoński arbiter.