Przed ostatnią kolejką w grupie 3. sytuacja Polek była, delikatnie rzecz ujmując, dosyć trudna. Żeby wywalczyć awans do kolejnej wielkiej imprezy biało-czerwone musiały wygrać z solidnym przeciwnikiem, na jego terenie, różnicą przynajmniej trzech bramek i to ledwie kilka dni po przykrej porażce u siebie z Czarnogórą. Podopieczne Kima Rasmussena temu trudnemu zadaniu sprostały, udowadniając, że są zespołem z prawdziwego zdarzenia.

Trudne początki, szczęśliwe zakończenie

A przecież początek tych eliminacji Polkom wybitnie się nie udał. Po wyjazdowej porażce z Czarnogórą, przyszła feralna przegrana w Lublinie z Czechami, która ciążyła naszym już do końca.

- Musimy wygrać dwa razy z Portugalią, a potem w czerwcu rewanż w Czechach - zapowiadały wówczas zgodnie kadrowiczki Kima Rasmussena. Ale o optymizm było trudno. Ten pojawił się w grudniu, kiedy biało-czerwone, ni stąd ni zowąd, wdarły się do półfinału mistrzostw świata. Czwartej drużynie świata nie wypadało nie jechać na mistrzostwa Europy. I Polki tę kwalifikację wywalczyły dzięki planowym wygranym nad Portugalią i heroicznej wiktorii w Brnie.

Gratulujmy awansu, nie oczekujmy cudów

Gdyby tego awansu zabrakło byłoby bardzo żal. Po latach spędzonych na peryferiach poważnego handbala, nasza kobieca kadra wróciła na salony, osiągnęła sukces, podbiła serca fanów. Na tegorocznych meczach z Portugalią w Zielonej Górze i Czarnogórą w Częstochowie padały kolejne rekordy frekwencji. Awans na kolejny mistrzowski turniej powinien tę koniunkturę podtrzymać.

Jednocześnie należy sobie jasno powiedzieć: nie żądajmy od Polek kolejnego półfinału, nie wymagajmy medalu. Nie tylko dlatego, że mistrzostwa Europy są trudniejszym turniejem od mundialu, ale także - a nawet przede wszystkim - dlatego, że wyniki ostatnich mistrzostw świata przekłamują faktyczny układ sił w światowej piłce ręcznej. W Serbii w półfinałach zabrakło Norwegii, Czarnogóry, Hiszpanii, Węgier.

Polska do europejskich potęg jeszcze nie należy, ale awans do kolejnej wielkiej imprezy potwierdza, że z naszym żeńskim handballem nie jest źle. A może być jeszcze lepiej, bo kadra Rasmussena wciąż jest na krzywej wznoszącej.