Sam oglądam wszystkie finały od Meksyku 1970, za sprawą Władysława Gomułki trzeba było wtedy anteny telewizorów skierować na czeską telewizję, ale tak wyrównanego poziomu nie było nigdy. Kiedyś swoje piętno na turniejach odciskały wielkie indywidualności. Był Pele, był Beckenbauer, Crujff, Platini, Maradona czy Zidane i na nich patrzyły oczy całego piłkarskiego świata. Dzisiaj kimś takim może jest Messi, ale jego gra nie ma żadnego wpływu na atrakcyjność turnieju. Żadnego – to może przesada, ale znacznie mniejszy niż kiedyś mieli jego sławni poprzednicy.

Niespodziewanie siłą mundialu w Brazylii stały się drużyny Kolumbii, Chile, Meksyku, Kostaryki, Algierii, Bośni i Hercegowiny a nawet Australii. Mali dogonili wielkich i paradoksalnie, klęska Anglii i Włoch w fazie grupowej, po przebiegu ćwierćfinałowego meczu Holandii z Kostaryką ma już zupełnie inny wymiar.

Zachwyciłem się tym wszystkim i pomyślałem - jak my, z naszą polską reprezentacją, wyglądamy na tym tle? Odpowiedź nasuwa się przewrotna: wyglądamy i dobrze, i źle. Dobrze, bo piłkarsko, jak zebrać wszystkich naszych asów, to na pewno mamy więcej walorów jak chwalona tu wielokrotnie Kostaryka. Źle, bo w kategorii wolicjonalnej determinacji dzielą nas lata świetlne od wszystkich drużyn, które zgrały w Brazylii.

Marzy mi się zobaczyć kiedyś jeszcze mecz Polaków, którzy walczą z przeciwnikiem jak Urugwaj z Anglią czy Kostaryka z Grecją. Marzy mi się poukładanie naszej drużyny w jasnym i wykonalnym planie taktycznym z jakim grali np. Bośniacy i Algierczycy. Marzy mi się atmosfera w drużynie, gdzie jeden gracz odda zdrowie na placu za drugiego a najdziwniejsza decyzja trenera, jak ta Van Gaala ze zmianą bramkarzy przed karnymi, będzie bez szemrania akceptowana przez zainteresowanych.

Marzy mi się, a pierwsze próby już jesienią. I kto wie, może przyjedzie do nas Mistrz Świata? Wtedy będzie obiektywnie trudno, ale może to i dobrze. Wszak we wszystkich dziedzinach życia najważniejsza jest motywacja.