Sam udział w mistrzostwach Europy nie był wcale czymś oczywistym; czekaliśmy na to osiem lat, a prawo gry w węgiersko-chorwackiej imprezie Polki wywalczyły dopiero w ostatnich sekundach ostatniego meczu eliminacji. Awans do drugiej rundy turnieju, wyjście z bardzo silnej grupy po pokonaniu Rosji? Mam wrażenie, że jeszcze trzynaście miesięcy temu taki wynik polscy kibice braliby w ciemno. Sęk w tym, że miesięcy temu dwanaście był serbski mundial i pamiętne czwarte miejsce biało-czerwonych.

Bez wątpienia to, co wydarzyło się rok temu w Serbii mocno zaburzyło perspektywę postrzegania naszej kadry. A przecież gołym okiem widać, że tamte mistrzostwa świata były turniejem, który obraz układu sił w kobiecym szczypiorniaku mocno zakłamywał. I już nawet nie chodzi o Polskę. W czołowej czwórce nie było przecież ani Norwegii, ani Czarnogóry, ani Francji, ani Węgier, ani Hiszpanii, a Rosja w ogóle w tym mundialu nie grała. Serbski turniej rozgrywany był według kompletnie szalonego scenariusza. My na tym szaleństwie skorzystaliśmy - i super! Ale to nie oznaczało przecież, że nagle dołączyliśmy do ścisłej światowej czołówki.

Lista klasowych polskich zawodniczek nie jest długa. Poważne role w mocnych europejskich klubach odgrywa kilka naszych kadrowiczek, a mówiąc szczerze - trzy. Kudłacz, Byzdra, Wojtas. Znakomita większość reprezentantek wywodzi się z polskich klubów, które w europejskich pucharach od lat znaczą bardzo niewiele. Mamy urodzaj wśród kołowych, ale jednocześnie cierpimy na straszliwy niedobór leworęcznych rozgrywających; skrzydłowych zresztą też. Polskie bramkarki to również nie jest światowy top. Jednym zdaniem: potencjał jest, ale trudno z czystym sumieniem stwierdzić, że jest ogromny.

Doskonale zdawały sobie z tego sprawę same zawodniczki. - Czwartą drużyną świata byłyśmy rok temu, teraz to nie ma znaczenia - mówiła jeszcze przed wyjazdem na Węgry Monika Stachowska. - Ten turniej pokazał nam nasze miejsce w szeregu - skonstatowała z kolei Alina Wojtas już po rozegraniu sześciu spotkań w Gyor i Debreczynie. Bo faktycznie ekipa Kima Rasmussena to bardziej jedenasta ekipa w Europie niż czwarta na świecie.

Tyle fakty. Pozostaje ich ocena. Jedenasta drużyna Europy nie brzmi tak dobrze, jak czwarta ekipa świata, ale to pierwsze określenie to doprawdy żadna inwektywa. Światową czołówkę tworzą przecież reprezentacje z Europy plus Brazylia i może - choć słabsza niż kilka lat temu - Korea Południowa. Polska należy więc do grona kilkunastu najmocniejszych ekip na świecie, co oznacza, że powinna regularnie grywać w wielkich imprezach. Od dwóch lat, odpukać, grywa. Jeśli uda się trafić z optymalną formą wszystkich czołowych zawodniczek, to można myśleć o pierwszej ósemce mistrzostw Europy i świata. A raz na jakiś czas, wykorzystując zbieg nadzwyczaj szczęśliwych okoliczności, można - jak w Serbii - powalczyć o spełnienie medalowych marzeń.

Po EURO 2014 Polki nie stały się zespołem gorszym. Pewnie, uwzględniając doświadczenie zebrane przez młode Drabik, Zych, Janiszewską, nawet trochę lepszym. Trzymajmy zatem kciuki i wierzmy w awans na kolejną (trzecią już!) wielką imprezę. Ale nie wymagajmy na niej medalu. I tyle.