Wybrałem się do biało-czerwonego „Bocianiego Gniazda” na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem wielkiego finału PP, żeby baczniej przyjrzeć się tej apokalipsie. Myślałem tak – jeśli ma zdarzyć się coś niedobrego, to żeby to później krytykować trzeba to widzieć na własne oczy od początku do końca.

I kiedy tak nastawiałem się na piłkarski Armageddon, wchodzę o godzinie 14.15 na trybunę zachodniej loży i co widzę w panoramie Stadionu Narodowego?! Zamiast morza gruzów i zgliszczy – dwie wielkie, zmobilizowane i gotowe do wielkiego boju armie: niebieską i białą, ale wyraźnie umówione co dzisiaj wolno, a czego nie.

I przyznam, choć widziałem już w swoim zawodowym życiu na całym świecie dziesiątki, a może i setki meczów, finałów MŚ, ME, Ligi Mistrzów i Ligi Europejskiej to widok Narodowego w tym momencie zapierał dech w piersiach. Brakowało tchu i z zaskoczenia i z dumy, że jesteśmy w Polsce, a oprawa widowiska jest na poziomie światowym.

Powtórzę to wyraźnie i jeszcze raz: to, co przygotowali na sobotnie popołudnie kibice Lecha Poznań i Legii Warszawa to są, jak to się mówi w piłkarskim slangu, tzw.: „Stadiony Świata”. Wszystko to przypominało wojska zgromadzone do bitwy pod Grunwaldem. Lech ze swoimi sprzymierzeńcami z Cracovii, Arki i KSZO. Legia z Zagłębiem Sosnowiec. Jedna trybuna za bramką cała na niebiesko, druga cała na biało. Liczne flagi, wielkie i pomysłowe sektorówki, kolorowe kartony, śpiewy i wszystko to przez pełne dziewięćdziesiąt kilka minut meczu bez chwili wytchnienia. Nawet kolorowe race i dymy były do wytrzymania. Oczywiście nie wszystko odbyło się idealnie, jakieś dwie niedopalone race poleciały na boisko, było kilka niecenzuralnych przyśpiewek, ale w całości widowiska od strony kibicowskiej naprawdę nie ma do czego się przyczepić.

To kibice obu drużyn nadali meczowi niespotykaną dynamikę i pchali do przodu piłkarzy, którym nie zawsze starczało umiejętności. Okoliczności w jakich padły obie bramki strzelone przez Tomasza Jodłowca to najlepszy komentarz do tego, co działo się na boisku. Przypadku dużo, umiejętności mało. Taka ta polska piłka jest. Jeszcze jest. Bo już z niecierpliwością czekam na następną edycję Pucharu Polski. Na następną tak otwartą, ofensywną i niosącą nadzieję na lepsze jutro polskiej piłki drużynę jak Błękitni ze Stargardu Szczecińskiego. I na kolejne święto na Stadionie Narodowym. Może nowy Prezydent RP też będzie miał czas, żeby za rok tam zajrzeć. Naprawdę warto.