Dwa tygodnie, na przełomie czerwca i lipca, począwszy od roku 1877 – w tym czasie ta elegancka, spokojna dzielnica Wielkiego Londynu staje sie centrum tenisowego świata. Są kilometrowe kolejki po bilety, ludzie koczują nocami, by otrzymać prawo do wejścia na teren All England Lawn Tennis and Croquet Club. Choćby na boczne korty, albo na Wzgórze Henmana, skąd siedząc na trawie można obserwować na wielkim ekranie przebieg gry na Centre Court.  W środkową niedzielę turnieju, the Middle Sunday, znów wraca tu spokój. Dzień odpoczynku, nie gra się w tenisa. Tylko trzy razy w długiej historii grano w niedzielę z powodu deszczu i opóźnienia.
 
Czysta gra

Na korcie centralnym nie zobaczymy flag na trybunach (wszelkie symbole narodowe są zakazane), ani banerów reklamowych. Tenisistów obowiązują białe stroje. Jest sterylnie - minimalizm w najpiękniejszym, sportowym wydaniu. Zielona scena wimbledońskiego teatru narzuca pewien styl, obyczajowość, sugeruje szacunek dla wartości przeniesionych jakby z XIX wieku. Przypomina, że sport powinien być szlachetną, bezinteresowną rywalizacją, że najistotniejszą zasadą jest fair play – obowiązek czystej gry.

Nad bramą prowadzącą na kort widnieje napis, sentencja z wiersza angielskiego poety Rudyarda Kiplinga (laureata literackiej Nagrody Nobla w 1907 roku) napisanego w formie listu ojca do syna (If – Jeżeli). „Jeśli Triumf i Niepowodzenie z jednym honorem zniesiesz i odwagą...”, w innym tłumaczeniu czytamy: „Jeśli umiesz przyjąć Sukces i Porażkę, traktując jednakowo oba te złudzenia..’’ Jak rozumieć te słowa w naszych czasach,  kiedy sukces, sława i pieniądze wydają się jedynymi wartościami?  Co autor chciał przez to powiedzieć? Jak pogodzić piękne  słowa poety z sumą jaką zarobi zwycięzca Wimbledonu w 2015 roku: 1.800.000 angielskich funtów?

 

Sceneria kortu centralnego wydaje się być stworzona dla Rogera Federera. Proporcjonalna sylwetka, harmonijne ruchy, emocje zwykle okazywane dyskretnie. Roger gra w milczeniu, nie jęczy podczas wymian jak większość graczy, decyzje sędziego przyjmuje spokojnie. Tylko raz stracił ten trochę wyniosły spokój, w roku 2013, po sensacyjnej przegranej w drugiej rundzie z Serhijem Stachowskim. Jeszcze w trakcie meczu parę razy próbował trafić piłką w rywala atakującego przy siatce i ani razu nie przeprosił za ten niesportowy gest, a po porażce nie poczekał z zejściem z kortu na Ukraińca - co jest niepisaną tradycją Centre Court. Gorycz była zbyt silna.

Oprócz Federera siedem razy wygrał w Wimbledonie jedynie niezapomniany Pete Sampras, jeśli nie liczyć XIX-wiecznego bilansu zwycięstw Brytyjczyka Williama Renshawa. Szwajcar był dziewięć razy w finale i tylko dwa razy przegrał w ostatnim meczu na korcie przy Church Road - przed rokiem z Novakiem Djokoviciem, a także w roku 2008. To był najpiękniejszy, najdłuższy (4 godziny i 48 minut) finał, dwa razy przerywany przez deszcz (nie było jeszcze dachu nad kortem centralnym). Federer, wytworny stylista, a z drugiej strony siatki jeszcze trochę dziki i nieokrzesany Rafael Nadal. Pięć, dramatycznych setów i  9:7 w secie piątym dla Hiszpana. Mecz zakończył się po zmroku, a niezapomniana ceremonia wręczenia nagród (z Nadalem, który wdrapał się na dachy trybun, by wskoczyć do loży i uściskać swoich bliskich) odbyła się już przy sztucznym oświetleniu.

 

Bohaterowie z Polski

 

Kiedy Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot po ćwierćfinałowym meczu (także w roku 2013) wymieniali się koszulkami, czule się obejmując, obaj mieli łzy w oczach. My też. Bohaterem tamtego dnia był dla mnie przegrany - Łukasz Kubot. Na pomeczowej konferencji prasowej pięknie mówił o młodszym rywalu, jego szansach w turnieju, o przyjaźni na korcie. W jego smutku czuło się równocześnie radość i dumę. To była świetna promocja sportu jako szlachetnej rywalizacji, niezapomniany dla nas moment w długiej historii najpiękniejszego turnieju.

Przez ponad dekadę jednym z głównych bohaterów kortu centralnego był leworęczny John McEnroe. Wygrał Wimbledon trzy razy, zachowywał się często fatalnie, ale londyńska publiczność i tak go polubiła. Zadebiutował w stulecie Wimbledonu, w roku 1977 i niespodziewanie dotarł do półfinału, gdzie po walce, w czterech setach, uległ późniejszemu zwycięzcy, swojemu rodakowi Jimmy’emu Connorsowi. Jego mecze z Bjoernem Borgiem z uwagi na dramaturgię przeszły do historii sportu. Nazwano go Spoiled Brat – Nieznośnym Bachorem. ,,Młody gracz nawet nie spojrzał na sędziego, rzucił się na trawę i zaczął w rozpaczy bić pięścią w ziemię. Przez widownię przeszedł leciutki szmer dezaprobaty. Zachował się jak rozkapryszone dziecko, któremu odebrano ulubioną zabawkę..’’- tak opisał mój ojciec swoje pierwsze spotkanie z 18 - letnim McEnroe w roku 1977 (Łączymy się ze stadionem – Bohdan Tomaszewski 1979).

Tata był w Wimbledonie kilka razy. Po raz pierwszy jesienią 1955 roku, kiedy odwiedził Londyn w związku z nieudanym biegiem Jerzego Chromika we mgle na stadionie White City.  Tak wspominał pierwszą wizytę w świątyni tenisa: „Zobaczyłem zupełnie pusty kort i jesienne tło. Schyliłem się i dotknąłem puszystej trawy. Dziecięce marzenie spełniło się.’’ (Milczące stadiony, Bohdan Tomaszewski 1963).

Zaczyna się lato, zbliża Wimbledon. Kiedy się skończy ruszy kolarski Tour de France… Minie szybko, zanim się obejrzymy. Skończą się wakacje, przyjdzie jesień, potem zima i znów będziemy czekać na tę świeżą zieleń trawy.