Wcześniej przegrywający ten pojedynek Vargas trafił Bradleya potężnym prawym, ten się wyraźnie zachwiał, ale szybko opanował sytuację. Po kolejnym, tym razem lewym sierpowym rywala, ale już nie tak groźnym wpadł w klincz i w tym właśnie momencie odwrócony tyłem do Amerykanina Russell charakterystycznym, zrozumiałym na całym świecie gestem dał znak, że to już koniec.

 

Oszalały ze szczęścia Vargas sądząc, że sędzia poddał Bradleya wskoczył na liny i zaczął demonstrować swoją radość. Chwilę później wpadł w objęcia swoich trenerów i ludzi mu towarzyszących. Amerykanin patrzył na to wyraźnie skonsternowany, nie mogąc chyba zrozumieć co się dzieje. Nie tylko on zresztą, bo sytuacja była co najmniej dziwna.

 

Sędzia wprawdzie od razu tłumaczył, że popełnił błąd przerywając walkę będąc  przekonany, że zabrzmiał gong. A to był przecież tylko sygnał, że do końca rundy zostało 10 sekund. Na szczęście wszystko zostało wyjaśnione, sięgnięto więc po karty punktowe, a na nich lepszym, zgodnie z przebiegiem ringowych wydarzeń, był Tim Bradley, który tym samym znów jest mistrzem świata organizacji WBO w wadze półśredniej. Początkowo ten tytuł miał być tymczasowy, ale teraz gdy Floyd Mayweather jr nie zapłacił w terminie 200 tysięcy dolarów i oddał pas, nic nie stoi na przeszkodzie, by czempionem ogłosić pięściarza z Kalifornii.

 

„Pustynna burza”, bo taki przydomek nosi Bradley, mistrzem WBO został w czerwcu 2012 roku wygrywając (niesłusznie) z Mannym Pacquiao w Las Vegas. Dwa lata później spotkali się raz jeszcze w MGM Grand Garden Arena i tym razem sędziowie nie mieli już wątpliwości, który z nich jest lepszy. Ponieważ w maju tego roku Filipińczyk został pokonany przez Mayweathera Jr pas znów zmienił właściciela. A teraz po walce w Carson wraca po trzech latach do Bradleya.

 

Amerykanin w StubHub Center nie zawiódł. Gdyby nie chwila dekoncentracji w ostatnich sekundach walki, która mogła kosztować go nieoczekiwaną porażkę  ocena jego występu byłaby wysoka. Tylko w pierwszych rundach młodszy o pięć lat mieszkaniec Las Vegas był w miarę równorzędnym rywalem Bradleya. W kolejnych dominacja „Pustynnej burzy” stawała się coraz bardziej wyraźna. Myślę, że Bradley mógłby być ciekawym przeciwnikiem dla Mayweathera w jego wrześniowej walce, ale wszystko wskazuje na to, że Floyd Jr i jego doradcy mają inny pomysł. Na razie rewanżu domaga się Vargas twierdząc, że zabrano mu ostatnie 10s walki, które on mógłby zamienić na sukces. Bradley odpowiada, że nie ma problemu. Amerykanin za ten pojedynek otrzymał 1,6 mln dolarów, Vargas 600 tysięcy.

 

Na gali w Carson z bardzo dobrej strony pokazał się, że 24. letni Meksykanin Oscar Valdez (waga piórkowa) wygrywając pewnie na punkty ze swoim rodakiem Rubenem Tamayo. Valdez był bardzo dobrym amatorem, wywalczył młodzieżowe mistrzostwo świata w 2008 roku w Guadalajarze, trzy lata później w tym samym meksykańskim mieście był drugi w Igrzyskach Panamerykańskich. Warto też podkreślić, że z seniorskich MŚ w 2009 roku w Mediolanie wrócił z brązowym medalem, a w igrzyskach olimpijskich uczestniczył dwukrotnie. W Pekinie (2008), w wadze koguciej przegrał z późniejszym mistrzem olimpijskim, Mongołem Badarem Uuganem Enkhbatynem, a w Londynie (2012) po dwóch zwycięskich pojedynkach uległ na punkty Irlandczykowi Johnowi Joe Nevinowi.

 

Sądzę, że kwestią czasu jest, kiedy Valdez dostanie wielką szansę na ringu zawodowym  i zmierzy się z kimś ze ścisłej czołówki wagi piórkowej. A wtedy pokaże, że potrafi znacznie więcej niż pokazał w starciu z Tamayo. A pokazał przecież całkiem sporo.