Po raz pierwszy o Frochu usłyszałem przed igrzyskami w Sydney (2000). Paweł Kakietek, pięściarz warszawskiej Gwardii i reprezentacji Polski zmierzył się z nim w pojedynku, którego stawką był występ na tej imprezie. Walka była bardzo zacięta i bardzo wyrównana, wygrał ją Kakietek 3:2 i to on poleciał do Australii. Wielkiej kariery tam nie zrobił. W drugiej walce wpadł na Jeffa Lacy, siłacza z USA i zakończył swój udział w igrzyskach przegrywając z nim wysoko na punkty. Lacy kilka lat później został zawodowym mistrzem świata, a Kakietek po zdobyciu szóstego tytułu mistrza Polski usłyszał od trenerów, że jest za stary.


Ale wróćmy do Frocha. W tym samym, olimpijskim roku, ale po igrzyskach przyleciał na Turniej Feliksa Stamma do Warszawy i w półfinale znów został pokonany przez Kakietka, tym razem wyraźniej niż kilka miesięcy wcześniej – 7:4. Rok później, w Belfaście (2001) Carl Froch stał już na podium mistrzostw świata. Kakietkowi, który też tam startował się nie powiodło, medalu nie zdobył.


Anglik zaś dotarł do półfinału, gdzie został pokonany przez Rosjanina Andrieja Gogoliewa. Ciekawa historia, bo Gogoliew znalazł się na tych mistrzostwach przypadkowo. Najlepszy wtedy rosyjski pięściarz kategorii średniej, Gajdar Gajdarbiekow, wicemistrz olimpijski z Sydney doznał tuż przed wylotem do Belfastu kontuzji i Gogoliew musiał się szykować do startu w ekspresowym tempie. W mistrzowskim turnieju zaprezentował się znakomicie, wygrywał walkę za walkę i niezagrożony sięgnął po złoty medal. To był największy i jedyny wielki sukces Rosjanina.


A dla Frocha, brązowy medal tam zdobyty oznaczał początek wielkiej kariery. Powiem szczerze, w Belfaście nie zrobił na mnie oszałamiającego wrażenia. Tam brylowali inni: znakomici Kubańczycy – Guillerno Rigondeaux (54 kg) , Mario Kindelan (60 kg), Lorenzo Aragon (67,5 kg) i Odlanier Solis (91 kg), który w finale stoczył kapitalny pojedynek z Anglikiem Davidem Haye’em.


Świetny był też Amerykanin Anthony Thompson w wadze półśredniej, który ugiął się dopiero przed Aragonem. Wszystkie walki przed czasem wygrał mistrz najcięższej kategorii, Uzbek Rusłan Czagajew. Mógł się podobać młody Rosjanin Aleksander Powietkin (plus 91 kg), który po strasznej wojnie przegrał z Ukraińcem Aleksandrem Mazykinem w początkowej fazie turnieju, ale widać było, że jego czasy nadchodzą. Dwa lata później w Bangkoku był najlepszy.


A Froch? Twardy, solidny i nic więcej. Miał polskie pochodzenie (dziadkowie znaleźli się w Anglii podczas II wojny światowej), świetne warunki fizyczne i charakter, ale ten ujawnił się tak naprawdę dopiero na zawodowych ringach. Kilka lat później był już jednym z najlepszych profesjonałów w wadze superśredniej.


Zwiastunem tego na co go stać była walka z Jeanem Pascalem w 2008 roku w której zdobył wakujący pas WBC.  Kolejne wygrana, z Jermainem Taylorem była już godna wielkich opowieści. Leżał na deskach, przegrywał na punkty, ale w końcu dopadł brązowego medalistę igrzysk olimpijskich w  Sydney i wyrwał mu wygraną na 14 sekund przed końcowym gongiem. Ukąsił jak prawdziwa „Kobra” i wykończył swoją ofiarę.


W głośnym turnieju Super Six pokonał (kontrowersyjnie) Andre Dirrella, medalistę olimpijskiego z Aten (2004), następnie w bardzo dobrym stylu Arthura Abrahama. W finale obnażył go Andre Ward, mistrz olimpijski z Aten w wadze półciężkiej, ale pamiętajmy, że ten facet nie przegrał walki od 12 roku życia do dzisiaj.


Do historii przeszły dwie walki Frocha z Duńczykiem Mikkelem Kesslerem (pierwszą przegrał, rewanż u siebie wygrał), czy też dwie głośne wojny z George’em Grovesem. Obie wygrane przed czasem, tą drugą stoczył na stadionie Wembley na oczach 80 tysięcy widzów. To była historia pisana prawdziwie złotymi zgłoskami.


Nie ukrywał, że chce jeszcze stoczyć jedną wielką walkę, najlepiej w Las Vegas. Myślał o Julio Cesarze Chavezie Jr, ale ubiegł go Andrzej Fonfara w kwietniu tego roku zmuszając Meksykanina do poddania w Carson w Kalifornii.


Froch dość długo bił się jeszcze z myślami co robić dalej, ale ostatecznie poinformował na Twitterze, że przechodzi na emeryturę. Jest milionerem, ma piękną żonę i szczęśliwą rodzinę, więc decyzja jak najbardziej zrozumiała. Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. A on zrobił to w najlepszym momencie. Teraz będzie dzielił się swoją bokserską wiedzą jako analityk telewizji Sky, a nam jeszcze długo będzie go brakowało w ringu. Wirtuozem nie był, ale miał swój styl nieco nonszalanckiego twardziela, który przed nikim nie pęka. I naprawdę nie pękał. Przegrał tylko dwa razy, z Kesslerem w Danii i Amerykaninem Wardem w finale Super Six, w Atlantic City.


Lista zwycięstw jest znacznie dłuższa: wygrał 33 walki, w tym 24 przed czasem. Ostatnią w maju ubiegłego roku z Grovesem w pamiętnym, rewanżowym boju na Wembley odsyłając go do narożnika w ósmej rundzie i broniąc skutecznie mistrzowskich pasów IBF i WBA. Tym pojedynkiem na dobre przeszedł do historii.