Zacznę od pochwał. Cieszy, że niektórzy zawodnicy pokazali momentami, że są blisko dobrej formy. Mam tu na myśli nazwiska – Ondreja Dudę, Michałów Kucharczyka, Michała Pazdana, Kubę Rzeżniczaka i Żyrę. Oczywiście zapominamy o pierwszej połowie, gdyż pierwsi dwaj grali w niej jak cała reszta, czyli przeciętnie, a Żyro wszedł dopiero po przerwie. Miło zaskoczył też Aleksandar Prijović, ale o tym za chwilę.


Do pozytywów trzeba dopisać fakt, że Legia lepiej wytrzymała to spotkanie kondycyjnie. Rumuni zaczęli ostro, ale pod koniec zostali zepchnięci do defensywy. No i pochwały tu się kończą. Berg mówił po meczu, że jego zespół stworzył tyle sytuacji, że powinien wygrać 5:0. Całkowicie jest to sprzeczne z tym, co zrobił w doliczonym czasie gry. W momencie, gdy Legia próbowała strzelić drugiego gola, zagrał na czas zmieniając Dudę na Michała Masłowskiego. Gdy zobaczyłem tabliczkę z informacją o zmianie nie mogłem w to uwierzyć. Na chłodno przyszło mi do głowy jedyne sensowne usprawiedliwienie – być może Norweg chciał usłyszeć oklaski dla bohatera spotkania. Myślę, że jednak bardziej powinien skupić się na wyniku spotkania. Po raz kolejny zaprzeczył wysyłanym do mediów sygnałom, że były zawodnik Zawiszy ma być liderem warszawskiej drużyny. Wejście na boisko na 15 sekund to dla piłkarza upokorzenie. Może z wyjątkiem sytuacji, gdy służy do skradzenia kilkunastu sekund, tyle że w tej sytuacji była to ostatnia rzecz, jakiej legioniści potrzebowali.


Takie zachowanie trenera Legii nie pozwala myśleć spokojnie o rewanżu, bo jest on nieprzewidywalny. Niestety w tym negatywnym znaczeniu tego słowa - po prostu nigdy nie wiadomo co mu wpadnie do głowy. Przypomnę tylko wyjściowy skład legionistów w meczu z Lechem w Superpucharze.


Nieprzewidywalny jest też kreowany na następcę Orlando Sa Nemanja Nikolić. Na razie umiejętnie ukrywa swoje możliwości zarówno przed obrońcami rywali, jak i kibicami. Siedem czy osiem spalonych, które dzięki niemu Legia wpisała do statystyk meczowych, to nie jest powód do dumy. Po części, usprawiedliwieniem dla napastnika złapanego w pułapkę jest to, że spora część winy spoczywa na podającym, bo on lepiej powinien widzieć czy może podać piłkę do partnera. W czwartek mieliśmy do czynienia z sytuacjami stykowymi, co świadczy albo o braku zrozumienia, albo tremie, która go zjadła.


Podobał mi się za to wprowadzony po przerwie Prijović. Zauważyłem, że w przeciwieństwie do Nikolicia rzuca się w oczy to, że ten chłopak ma nosa pod bramką, potrafi znaleźć dla siebie miejsce w polu karnym rywala. Na minus działa niewykorzystana stuprocentowa sytuacja.


Dwa słowa o kibicach Legii. Najwyraźniej stracili już cierpliwość i trochę im się nie dziwię, bo marazm ich ukochanej drużyny trwa kilka dobrych miesięcy i przez godzinę w czwartkowy wieczór niewiele było przesłanek, że się kończy. Może lepiej dostać taką nauczkę na początku sezonu niż w jego trakcie albo pod koniec. Jeśli drzemie w tym zespole potencjał, to być może kibice go przebudzili...