Zarówno trener Barcelony Luis Enrique jak i szkoleniowiec Sevilli Unai Emery mogli narzekać na miejsce rozgrywania spotkania  i na to, że muszą podróżować na peryferie Europy. Mogli narzekać na wysoką temperaturę. Mogli usprawiedliwiać się, że są w trakcie przygotowań do sezonu ich drużyny nie będą w stanie walczyć na sto procent, bo Primera Division startuje dopiero za 10 dni.  Mogli w związku z tym wystawić rezerwy, jakieś eksperymentalne składy. Mogli, ale tego nie zrobili, żaden z nich nie powiedział złego słowa ani na miejsce, ani na czas, ani na inne niedogodne okoliczności. Przeciwnie! „Mieliśmy czas, aby odpowiednio przygotować się do rozpoczęcia sezonu” – to słowa trenera mistrzów Hiszpanii.

Co na to Emery? „Rozpoczynamy sezon wiedząc, że mamy szansę na trofeum już w pierwszym meczu”. Obaj potraktowali to spotkanie jako inaugurację nowego sezonu. Dlaczego? Z kilku powodów. Po pierwsze – bo tacy piłkarze, jak Leo Messi, Luis Suarez, Jose Antonio Reyes czy nasz polski rodzynek Grzegorz Krychowiak, gdy wychodzą na boisko, nie kalkulują, nie oszczędzają się i walczą na całego. Po drugie – z szacunku dla kibiców. Dla klasowych drużyn nie ma znaczenia, czy grają w Tajlandii, Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii czy Gruzji. Wiedzą, że fani oczekują od nich maksymalnego poświęcenia i starają się te oczekiwania spełnić. Po trzecie - w karierze piłkarza najważniejsze są trofea. Ich hierarchia nie jest tak wyrazista, jak w to wygląda w mentalności polskich zawodników i trenerów - większość zachowuje się tak, jakby w ich gablocie z pucharami nie było już miejsca na kolejny, więc trzeba wybierać te najważniejsze.

Podkreślam te rzeczy nie bez powodu. Gdy oglądałem to spotkanie przypomniał mi się wyjściowy skład Legii w meczu z Lechem o Superpuchar Polski, przypomniały mi się wypowiedzi o trudach podróży z Białegostoku do Kielc i Nikozji... No cóż, słabi zawsze szukają alibi.

Porównałem środowe spotkanie w Tbilisi z finałem LM w Stambule. Wtedy jednym z głównych bohaterów został bramkarz Liverpoolu Jerzy Dudek, teraz o krok od kolejnego wielkiego sukcesu był Grzegorz Krychowiak. Mimo porażki nie będę teraz wytykał błędów reprezentantowi Polski. Dziś należą mu się wielkie słowa uznania, że na nowej pozycji starał się grać najlepiej, jak potrafi. Należą mu się ukłony, że mimo bólu wytrzymał na boisku 120 minut.