Kto ponosi odpowiedzialność za taki upadek zespołu, który do momentu wylosowania w trzeciej rundzie eliminacji FC Basel miał nadzieję na grę w Champions League, a obecnie – bądź co bądź – występuje w fazie grupowej Ligi Europy, co przecież nie jest w przypadku naszych klubów normą? Dlaczego drużyna, która jeszcze wiosną była w stanie czarować swą grą, a dziś nie daje rady u siebie "zbieraninie" piłkarzy Podbeskidzia Bielsko-Biała, która tydzień później jest miażdżona sześcioma bramkami przez Wisłę Kraków. "Zagadka z Bułgarskiej" wymaga zatem jakiegoś logicznego wyjaśnienia.

 

Bez osłabień i bez wzmocnień

 

Czy Lech Poznań po zdobyciu krajowego tytułu doznał jakichś znaczących osłabień? Nie. Żaden z kluczowych zawodników stolicy Wielkopolski przecież nie opuścił. Mało tego. Drużyna – w teorii – została wzmocniona czterema piłkarzami, których pozyskano jeszcze przed startem letnich przygotowań, by ci mogli wkomponować się w nowy futbolowy organizm. Logicznie i rozsądnie. Oczywiście zatrudnienie Marcina Robaka, Dariusza Dudki, Denisa Thomalli czy Abdula Aziza Tetteha w znaczący sposób nie podnosiło jakości zespołu – żaden z nich nie był wzmocnieniem na miarę walki o Ligę Mistrzów - ale tak krawiec kraje jak mu materii staje. A dokładnie Jacek Rutkowski. W tej chwili Lecha nie stać na zawodników pokroju Artjomsa Rudnevsa czu nawet Aleksandara Toneva. Za dużo pieniędzy zostało ostatnio wyrzuconych w błoto, za dużo błędnych ruchów poczyniono. Arnaud Djoum, Tamas Kadar, Muhamed Keita, Maciej Wilusz, David Holman czy wcześniej Vojo Ubiparip to niewypały mocno obciążające dział księgowości. I świadczące o tym, że pełniący rolę wiceprezesa ds. sportowych syn właściciela klubu Piotr Rutkowski nie jest jeszcze alfą i omegą futbolu.

 

Reasumując powyższe kwestie, "Kolejorz", mimo wszystko personalnie z pewnością nie jest słabszy niż wiosną! Problem musi więc tkwić w innym miejscu.

 

Owszem, wiele można zarzucić Kasprowi Hamalainenowi, który odkąd wie, że nie przedłuży z Lechem umowy "odcina kupony" albo jak kto woli "odwala pańszczyznę". Właściwego postępu nie robi młodzież w postaciach Dawida Kownackiego czy Tomasza Kędziory. Błędy w ustawieniu w grze obronnej popełnia Barry Douglas. Żadnego meczu nie wybronił Lechowi Jasmin Burić. Gorzej niż w ubiegłym sezonie radzi sobie Darko Jevtić. Ale za tym wszystkim być może kryje się zupełnie coś innego.

 

Włoch czy Polak?

 

W Lechu w porównaniu poprzednimi rozgrywkami niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o personalia zarówno te w materiale piłkarskim jak i szkoleniowym. Ale do tego drugiego doszła jedna osoba. Paolo Terziotti. Trener od przygotowania fizycznego i ulubieniec Macieja Skorży z czasów jego pracy w Groclinie Grodzisk Wielkopolski i Legii Warszawa. W Poznaniu pracujący pod szyldem fizjologa, bo przecież głupio by to wyglądało, że Lech ma dwóch "preparatore fisico", w końcu w drużynie jest ciągle Andrzej Kasprzak. A on ze swoich obowiązków wywiązywał się bez zarzutu. Wystarczy prześledzić końcówkę ubiegłego sezonu i przypomnieć sobie jak "Kolejorz" wyglądał wówczas fizycznie. Po co więc Skorży Terziotti? Wiadomo, że każdy chce mieć w sztabie zaufanego człowieka, a taką osobą dla trenera Lecha jest Paolo. Czy jednak nie doszło do jakiegoś drobnego błędu w czasie letnich przygotowań? Czy nie mamy typowego syndromu "dwóch grzybów w barszczu", przez który świetnie przyprawiana dotychczas przez Kasprzaka zupa straciła swój pierwotny dobry smak?

 

Za chwilę pewnie o kłopotach Lecha wszyscy w Poznaniu zapomną. Bo bez względu na powyższe domniemania jestem przekonany, że "poznańska lokomotywa" w końcu odpali. Potrzebuje do tego jednego dobrego meczu i zwycięstwa. Żaden kryzys nie trwa wiecznie.