2524 wyprowadzone ciosy przez Fonfarę i Cleverly'ego (z czego 936 w celu). Te statystyki robią wrażenie. Rekordowe, jak na wagę półciężka, chociaż do absolutnego rekordu ustanowionego w 1992 roku przez Kevina Kelly'ego i Troya Dorseya gdy walczyli o mistrzostwo świata w piórkowej trochę im brakuje (oni wyprowadzili 2806 ciosów!).

Cieszy wygrana Fonfary i jeszcze bardziej fakt, że po takiej wojnie przytomnie mówił. A już bałem się, że może to być jego pyrrusowe zwycięstwo. Jak Riddicka Bowe nad Andrzejem Gołotą w 1996 roku w Atlantic City. Wtedy, przez niespełna 9 rundach walki, zwycięski Bowe zainkasował 408 na 638 wyprowadzonych (Gołota odpowiednio 216/476). Amerykanin wygrał, ale pamiętam jak na konferencji prasowej po pojedynku tak bełkotał, że nie tylko ja go nie rozumiałem, ale i siedzący obok mnie Anglik z Mirrora.

Co było dalej z Bowe – wiedzą wszyscy kibice. Odbiło mu, zgłosił się do Rangersów, porwał rodzinę. Ta walka tak podkopała mu rozum i zdrowie, że już nigdy potem nie był tym samym bokserem co przed walką z Gołotą.

Mam nadzieję, że z Fonfarą będzie inaczej. Wierzę też że w kolejnej walce (zapewne z Adonisem Stevensonem) nie będzie tak niefrasobliwy w przyjmowaniu ciosów jak w konfrontacji z Cleverlym. Bo chociaż – jak tłumaczył Andrzej – ciosy Walijczyka nie były mocne, ale na pewno w swej masie (462 w celu) zdrowia Fonfarze nie dodały.