Nie tylko Tadeusz Pawłowski nie byłby w stanie wycisnąć więcej z zespołu, z którym jeszcze pół roku temu osiągnął lokatę dającą prawo do walki o grę w europejskich pucharach. Reforma ESA 37 rozbudowująca nasze rozgrywki do niebotycznej liczby meczów plus błędna od kilku lat polityka transferowa spowodowały, że WKS nie był w stanie temu sprostać.

Problemem Śląska nie był ani Pawłowski, ani prowadzący drużynę krótko i nie wiadomo po co Grzegorz Kowalski, ani nawet Stanislav Levy, który, choć dziś jest raczej wyśmiewany, zajmował w Ekstraklasie trzecie miejsce i potrafił po pasjonujących spotkaniach wyeliminować z Ligi Europy FC Brugge. Ale wtedy w zespole byli Waldemar Sobota, Sebastian Mila, Piotr Ćwielong czy Dalibor Stevanović. Od tamtego czasu Śląsk pozbawiony został zresztą wielu innych piłkarzy o dużym znaczeniu dla jakości piłkarskiej i osobowości w szatni, na czym także swą siłę opiera futbolowa ekipa. Tylko w ostatnim oknie odeszli Róbert Pich i  Marco Paixão. Siła ofensywna z dnia na dzień przestawała istnieć, bo przecież Kamil Biliński czy Jacek Kiełb nie są graczami pokroju zarówno Słowaka, jak i Portugalczyka, ani też zawodnikami, których można ukształtować, by za chwilę z korzyścią ich sprzedać.

Trudno było oczekiwać, że Pawłowski może z takim zestawem ludzkim, jaki posiadał, zrobić dobry wynik. Jeśli ktoś wierzy, że zatrudnienie Romualda Szukiełowicza odbuduje ten zespół, to jest dużym optymistą. Przecież ten doświadczony trener nie tak dawno był zatrudniony przez beniaminka 1.ligi Zagłębie Sosnowiec. Tylko dlatego, że Okręgowy Związek Piłki Nożnej w Katowicach błędnie poinformował klub, że Artur Derbin, nie posiadający jeszcze licencji UEFA Pro, nie może pracować na wyższym szczeblu. Gdy okazało się, że jednak może, Szukiełowiczowi podziękowano. Także dlatego, że ten w żaden sposób nie potrafił komunikować się z zespołem, a jego warsztat posługiwał się narzędziami z poprzedniej epoki futbolowego szkolenia. Piłkarze, do niedawna jeszcze drugoligowi, szybko to zauważyli. Nie sądzę, aby teraz jego metody doznały nagłego  unowocześnienia.

Władze klubu z ciągle mocno udzielającym się w mediach przedstawicielem urzędu miasta Włodzimierzem Patalasem na czele, który potrafił wypowiadać się krytycznie na temat gry defensywnej Śląska Wrocław pod wodzą Pawłowskiego, podjęły dziwną decyzję. Znów w polskiej piłce ktoś boi się skorzystać z mniej znanych, ale ambitnych i rozwijających się trenerów, pracujących na niższym szczeblu, niż Ekstraklasa.

Środowisko wokół Śląska od lat domaga się, by w klubie pojawili się utalentowani zawodnicy z regionu, którym zawsze będzie zależało na klubie i którzy czegoś się tu nauczą i będą mogli się wypromować, jak kiedyś Sobota, albo odbudować – jak Mila. Dlaczego w Głogowie trener Ireneusz Mamrot potrafił znaleźć na Dolnym Śląsku kilkunastu dobrych piłkarzy z których czerpie dziś ekipa Chrobrego? Czy to wina Pawłowskiego czy Levego, że dział skautingu Śląska przez lata potrafił sięgać po wspomnianego Bilińskiego, ale też Luboša Adamca, Odeda Gavisha, Andreę Ciolacu i Miloša Lačnego, mając pod ręką tak utalentowanych chłopaków, jak Marcel Gąsior (pochodzi z Wielunia) czy Łukasz Szczepaniak (ex piłkarz Ślęzy Wrocław i Gawina Królewska Wola). Nie liczę zawodników odnalezionych przez Mamrota pod innymi adresami, jak Ireneusz Kościelniak (z rezerw Wisły) czy Łukasz Bogusławski, w którego CV są Jagiellonia, Widzew i Legia.

Przecież każdy z nich wolałby grać we Wrocławiu, niż w Głogowie, tylko, że ze stolicy Dolnego Śląska żadna oferta do nich nie trafiła. I pewnie także dlatego z pracą jeszcze przed Pawłowskim musiał pożegnać się skaut Łukasz Becella, a dużo wcześniej podziękowano za pracę Krzysztofowi Paluszkowi, pełniącemu przez długi czas rolę dyrektora sportowego. Bez odpowiednich ludzi na zapleczu pierwszej drużyny, właściwej struktury i fachowców, Śląska z kryzysu nie wyciągnie żaden szkoleniowiec, ani aktywność w mediach pana Patalasa.