Tym razem w rolę polskiej reprezentacji wcielili się siatkarze PGE Skry Bełchatów. Przez niemal cały mecz inicjatywa optycznie należała do rywali. Skra ciągle miała problemy. Ciągle goniła wynik. Optycznie wydawało się, że walczy nie tylko z rywalem, ale także z własnymi słabościami.  ZAKSA grała swoje i pomimo porażki nie można powiedzieć, że zagrała źle.

W drużynie z Bełchatowa szybko objawił się lider. To w mojej opinii Facundo Conte. Nie wszystko mu wychodziło, ale walczył do upadłego, a w decydujących momentach już się nie mylił. Argentyńczyk odegrał także niepośrednią rolę na płaszczyźnie mentalnej, na której również ten mecz się rozegrał. Mówiąc kolokwialnie "nie pękał”. Momentami nawet prowokował, próbował zdenerwować rywali. To była nieoceniona praca przyjmującego. Conte prowadził zespół jak Kubiak Polaków w Berlinie.


ZAKSA natomiast popełniła błąd. Dała się wciągnąć właśnie w walkę charakterów, zamiast kontynuować swoją znakomitą grę. Na to tylko czekali bełchatowianie, którzy musieli znaleźć sposób na wybicie ich z rytmu po genialnym pierwszym secie wygranym przez przeciwników do 12!

Wróciła stara, dobra Skra - mówił po meczu Mariusz Wlazły. Weryfikacja tych słów nastąpi pewnie za parę tygodni, ale fakt, że dawno u bełchatowian nie widzieliśmy takiej pasji i pragnienia triumfu. Przecież mogli odpuścić, przecież już w środę i sobotę rozegrają dwa arcyważne mecze w kontekście walki o mistrzostwo Polski, przecież zdobycie Pucharu  nie gwarantuje miejsca w Lidze Mistrzów... Skra jednak nie kalkulowała i walczyła do końca. Przełamała słabości i wyszarpała zwycięstwo. Oczywiście nie obyło się bez kontrowersji, kłótni, żółtych i czerwonych kartek, a także różnie ocenionych decyzji sędziów. Para arbitrów w tym meczu być może nie była idealna. Twierdzenie, że wypaczyła wynik meczu, jest jednak dalece niesprawiedliwe.

Choć niektórzy zawodnicy narzekali na zbyt twardą nawierzchnię w hali Orbita, zbyt mało światła w tym obiekcie, to przyznam szczerzę, że do wrocławskiej imprezy nie można się przyczepić. Podczas finałowego meczu atmosfera była niewiarygodna. Czułem się jak podczas meczu Ligi Światowej. Po każdej akcji niewiarygodny aplauz. Kibice reagowali instynktownie. Żyli tym meczem… żyli siatkówką, a usytuowanie dwóch klubów kibica obok siebie było piękna wizytówką nie tylko Plusligi, ale przede wszystkim tego sportu.