Lipiec roku 1972. Igrzyska Olimpijskie w Monachium. W półfinałach turnieju floretu indywidualnego startuje mój starszy brat, syn mojej mamy z pierwszego małżeństwa, Witek Woyda. Walka decydująca o wejściu do finału olimpijskiego z Włochem Nicolą Granierim. Witek prowadzi już 4:0, ale Włoch wyrównuje na po 4. Jedno trafienie zadecyduje o tym kto znajdzie się w finale. W radio jest transmisja. Komentuje ojciec, jak zwykle ekspresyjnie: "Tańczą, tańczą, Woyda atakuje, zapalają się światełka". Walka trwa jeszcze długo. W końcu Witek zadaje decydujące trafienie i awansuje do finału. Niezapomniane, chłopięce przeżycia, a potem wywiad taty ze złotym medalistą olimpijskim, moim bratem.

Rok 1979, połowa czerwca. Już dwa i pół roku minęły odkąd wyjechałem z Polski. Nie mogę wrócić do kraju i często ogarnia mnie nostalgia. O moim wyjeździe z Polski nie poinformowałem ojca. Wysłałem mu tylko list z lotniska. Obraził się i nie odzywał do mnie, ani nie odpisywał na listy. Nie mam kontaktu z ojcem. Sprawia mi to spory ból. Tęsknię za nim.

 

Mieszkam na stałe w Paryżu, ale praca modela prowadzi mnie do Mediolanu – mekki światowej mody. Zatrzymuję się w starym, secesyjnym hotelu Bruxelles przy Piazza Castello 13. Jest leniwe, niedzielne  popołudnie. Ze zalanego słońcem półkolistego placu wchodę do obszernego lobby hotelu. W rogu stoi duży czarnobiały telewizor, obok grupka hałaśliwych Włochów. Uciszam ich ruchem ręki podchodząc bliżej. Zamieram, bo na ekranie widzę zbliżenie ojca z mikrofonem w ręku. Serce bije mi mocniej. Siedzi na znajomym korcie Legii i komentuje mecz tenisa Fibak - Barazzutti w ramach Pucharu Davisa. Przekręcam gałką by zrobić głośniej. Ach co za rozczarowanie! Nie słyszę znajomego głosu taty. Komentuje, oczywiście po włosku dziennikarz telewizji RAI, Rino Tomassi.