Już na początku spotkania fani obu klubów rozpalili race i świece dymne w ilości niespotykanej. A może to były opony? Czarny dym unosił się nad stadionem przez pierwszy kwadrans. Kibice, którzy przyszli zobaczyć jak grają piłkarze nie widzieli nic. Smród był nie do opisania. Ludzie z małymi dziećmi opuszczali trybuny.

 

Ostatni kwadrans trwał natomiast pół godziny, co możliwe jest tylko podczas piłkarskiego meczu. Sędzia Szymon Marciniak przerywał spotkanie pięć razy, najdłużej na siedem minut. Tym razem to kibice Lecha urządzili racowisko niezadowoleni, że ich zespół przegrywa. Te spadały na pole karne Legii, a jedna z nich ugodziła w nogę bramkarza stołecznego zespołu Arkadiusza Malarza. Było niebezpiecznie. Arbiter pozwalał grać nawet wtedy, gdy po boisku uwijali się porządkowi uprzątający płonące race. Widoczność była beznadziejna.

 

Dziennikarz lub zaproszony gość wjeżdżający na stadion ma przetrząśnięty samochód, a uwagę zwraca nawet butelka wody, czy zapalniczka. To może ktoś wie jak wniesiono na stadion chyba wagon środków pirotechnicznych, który pozwoliłby na efektowną rekonstrukcję Bitwy Warszawskiej? Na trybunach widziałem także drabinę. Nie ma raczej możliwości by nie działo się to we współpracy z organizatorami lub służbami porządkowymi.

 

Zawsze z przychylnością patrzyłem na efektowne kibicowskie oprawy. Podziwiałem trud i pomysłowość ludzi, którzy ciężko pracowali dla wrażeń artystycznych, które są nieodłącznym elementem sportowego widowiska . Nie potępiałem rozpalania rac na trybunach w rozsądnej ilości i przy zachowaniu podstawowych zasad bezpieczeństwa, ale to co stało się w Warszawie przekroczyło wszelkie granice.

 

Całe szczęście, że przynajmniej stadionowy dach był otwarty, bo inaczej ludzie by się podusili. Miało być piłkarskie święto, była kompromitacja. Cofnęliśmy się w kulturze kibicowania o kilkanaście lat. To bardzo smutne.