Osobiście szkoda mi jedynie finałowego turnieju Ligi Światowej w Krakowie. Gra Polaków w strefie medalowej dodałaby nam pewności i uratowała nieco wizerunek tego - smutnego niestety pod każdym względem - turnieju. 

 

Co mnie kompletnie nie zaskakuje, już na tym etapie nie brakuje marudzenia, wybrzydzania i kręcenia nosem. Że gramy źle, że nic nie osiągniemy, że selekcja jest wątpliwa czy nawet niesprawiedliwa. Od tego jest jednak SELEKCJONER. To on dobiera sobie pasujące ogniwa. To on dokonuje selekcji i to wreszcie on bierze na siebie pełną odpowiedzialność. Co innego sposób owej selekcji i ostateczna komunikacja. Mam wrażenie, że w tym obszarze Stefan Antiga ma jeszcze spore rezerwy. Pożegnanie z kadrą w olimpijskim sezonie Artura Szalpuka, Piotra Gacka, czy wreszcie Marcina Możdżonka odbyło się w mojej opinii w mało delikatny sposób.

 

To jednak profesjonalny sport i stawka jest bardzo wysoka. Czy Polaków stać zatem na olimpijski medal? W mojej opinii nic się nie zmieniło od 2014 roku. Cały czas jest 6 zespołów, które mogą zgarnąć medale. To oczywiście Brazylia, Włochy, Francja, USA, Rosja i… Polska. Uważam, że nadal jesteśmy w pierwszej części siatkarskiego peletonu.  Turniej rządzi się jednak swoimi prawami. Tak naprawdę jeden mecz zadecyduje o ocenie naszego zespołu. Jeden mecz, w którym może wydarzyć się wszystko. Łut szczęścia, jedna dobra zmiana, wyczucie trenera, dyspozycja dnia itd. Dobrze to przecież znamy. W 2006 roku w drugiej fazie grupowej mistrzostw świata przegrywaliśmy z Rosją 0:2. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z rywalem i szykowaliśmy się na walkę o miejsca 5-8. Dokonane dwie zmiany (do dziś nie wiadomo kto podjął decyzję) odmieniły mecz. Piotr Gruszka i Grzegorz Szymański kończyli niemal wszystkie ataki. Wygraliśmy i byliśmy w czwórce.  Gdybyśmy polegli, wszyscy uznaliby turniej za klęskę, a sposób przygotowań Raula Lozano za niewłaściwy. Stało się inaczej. Raula nosiliśmy na rękach a drużynę która dotarła do finału do dziś podziwiamy za formę jaką przygotowali na turniej w Japonii. Jeden mecz… to przecież tylko jeden mecz, a tak bardzo zmienia optykę i ocenę tej samej, tak samo przygotowanej drużyny.

 

Oczywiście aktualnie większość fachowców ma przede wszystkim obawy spowodowane formą  siatkarzy, która nie była w Lidze Światowej najlepsza. Jeśli wrócimy jednak do 2012 roku to przypomnimy sobie  odwrotną sytuację. Zespół Andrei  Anastasiego grał wręcz fenomenalnie. Do dziś lubię przypomnieć sobie mecze Polaków w Sofii, w trakcie finałowego turnieju World League. To była bajka. Wówczas nikt nie zastanawiał się, co będzie w Londynie. W zasadzie mieliśmy tylko jeden problem: jaki kolor medalu przywiozą nasi siatkarze. Dopiero bezpośrednio przed rozpoczęciem turnieju pojawił się niezauważalny wręcz w mediach niepokój. Czy może forma nie przyszła zbyt wcześnie? Jak się okazało przyszła, a z pewnych siebie i niszczących każdego rywala Polaków na olimpijskich parkietach nic nie pozostało.

 

Im gorzej tym lepiej… Tak chyba mogę określić nastrój, który panował przed turniejami w których ostatecznie odnieśliśmy sukces. W 2009 roku niektórzy zastanawiali się w zasadzie po co zespół Daniela Castellaniego jedzie na mistrzostwa Europy.  Z powodu kontuzji nie mógł grać Michał Winiarski, a w jednym ze sparingów ścięgno Achillesa zerwał Sebastian Świderski.  W Turcji Polacy po raz pierwszy w historii wywalczyli mistrzostwo Europy.

 

Przed MŚ w 2014 roku także atmosfera nie była najlepsza. Zaczęło się przecież od zwolnienia trenera Anastasiego na rok przed najważniejszym dla nas turniejem w historii. Następnie powołanie Stefana Antigi, czyli czynnego wówczas zawodnika dolało oliwy do ognia. Kolejny cios, który odbierał nadzieję nawet największym optymistą to złamana ręka Michała Kubiaka. Od niego przecież Antiga rozpoczynał budowę swojego wyjściowego składu. Z konieczności postawił na Mateusza Mikę. To też było zastanawiające. Mateusz przecież był wtedy postrzegany jako niespełniony talent który sezon spędził w ogonach ligi francuskiej. Ostatni ale jakże mocny akcent okresu przygotowawczego to odsunięcie od zespołu gwiazdy naszej siatkówki – Bartosza Kurka. W międzyczasie także nie zakwalifikowaliśmy się do finałowego turnieju Ligi Światowej. Czy była wtedy wiara w jakikolwiek sukces podczas mistrzostw świata w Polsce? Tylko u nielicznych.

 

Warto zatem i tym razem, nauczeni doświadczeniem jakim obdarzył nas ten piękny sport, najzwyczajniej poczekać i wierzyć. Wierzyć, że po 40 latach od pięknego sukcesu drużyny Huberta Jerzego Wagnera i tym razem się uda. Malkontenctwo nikomu nie pomoże…